Akademia Gazety…

Po publikacji Wyborczej wszyscy udają wielki szok. A tymczasem… kto tak naprawdę się zdziwił? Ale tak uczciwie?

Cała masa firm wymaga wykształcenia wyższego od rekrutowanych pracowników. Jest to zrozumiałe, przy rekrutacji specjalistów na stanowiska wymagające wykształcenia technicznego – związany z tzw. “reformą edukacji” przeprowadzoną niegdyś przez rząd AWS upadek szkolnictwa po prostu wymusza takie podejście – absolwent technikum (są jeszcze?) czy liceum profilowanego wie raptem tyle, aby mieć nieco lżejsze życie na pierwszym roku uczelni technicznej, do pracy na 100% się nie nadaje

Do klasycznej pracy biurowo-korporacyjnej wyższe wykształcenie jest jednak zazwyczaj zupełnie zbędne. W czym dyplom politologii jest potrzebny pracownikowi zajmującemu się kontaktem z klientami? W jaki sposób dyplom historii pomaga być lepszym pracownikiem banku? Przez krótką chwilę rekrutacja spośród absolwentów czy chociaż studentów pomagała wybrać tych nieco ambitniejszych, potencjalnie lepszych pracowników – ale ten czas już minął. Przez chwilę dyplom studiów był taką “nową maturą”, ale w końcu spadł do roli kolejnego papierka – jak zaświadczenie z sanepidu. To, że połapali się w tym i biznesmeni zakładający uczelnie i kandydaci na studentów – dowodzi tylko ich inteligencji. To, że nie załapali tego haerowcy a wielkie zdziwienie udają urzędnicy ministerialni i dziennikarze – dowodzi ich tępoty. I tyle…

Magia giełdy, czyli legalna piramida finansowa

Niedawno odgrażałem się, że napiszę coś o prawdziwych przyczynach kryzysu. Nie jestem narodowcem, członkiem UPRu, związkowcem itp – nie będzie więc o strasznych żydach, komuchach czy liberałach. Nie jestem ekonomistą – nie opowiem więc o magicznej formule Davida X. Li, nie jestem też dziennikarzem – nie będzie więc o rosnącym zadłużeniu społeczeństwa i innych takich pierdołach. To wszystko jest tak naprawdę tylko zewnętrznymi objawami czegoś znacznie poważniejszego.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak działa giełda papierów wartościowych? Nie chodzi tu o drobiazgi w rodzaju: jak ustala się ceny, co to jest fixing, po co komu indeksy giełdowe. Chodzi o sam model funkcjonowania tej instytucji.

Zgodnie z definicją, giełda jest miejscem, w którym ludzie spotykają się, aby handlować określonym towarem. Znamy w zasadzie dwa rodzaje giełd – giełdy towarowe i giełdy kapitałowe. Na giełdach towarowych handlujemy towarem, na giełdach kapitałowych – różnego rodzaju papierami wartościowymi.

Giełdy towarowe są – w zasadzie – stosunkowo prostą do zrozumienia instytucją. Handlujemy towarem – którego jest skończona ilość. Względnie łatwo można przewidzieć podaż i popyt, jakość sprzedawanych produktów poddaje się weryfikacji… Nie ważne, handlujemy jabłkami, ropą czy mrożonym sokiem pomarańczowym – jest to coś namacalnego, wytwarzanego (lub wydobywanego) a następnie konsumowanego.

Problemy pojawiają się w momencie, gdy zaczniemy patrzeć na giełdę kapitałową. Czym tak naprawdę handlujemy na giełdzie kapitałowej – zwanej też giełdą papierów wartościowych (ostatnio raczej bezwartościowych)? Odpowiedź teoretycznie jest prosta – papierami wartościowymi: akcjami, obligacjami, wekslami…

Tak mówi teoria. Ale powstaje pytanie: co czyni papier wartościowy wartościowym? Dlaczego te papiery sprzedajemy, dlaczego je kupujemy? Co decyduje o wartości obligacji, akcji czy weksli w oczach kupujących i sprzedających?

Zacznijmy może od prostego przypadku – weksli i obligacji. Oba są tak naprawdę bardzo podobnymi papierami – zobowiązaniem do wypłacenia posiadaczowi tego towaru określonej sumy pieniędzy (przy czym obligacje są teminowe – weksle nie). W (naiwnej) teorii więc, weksel na 100 złotych jest wart 100 złotych, prawda? Podobnie obligacja – jeśli przy określonym oprocentowaniu i wartości emitent powinien wykupić obligację za 100 złotych – powinna być w naszych oczach tyle warta.

Praktyka wygląda nieco inaczej – w końcu występuje ryzyko niewypłacalności emitenta obligacji czy trasata weksla. Za weksel na 100 złotych możemy dostać 100 złotych, ale możemy dostać 0. Podobnie w wypadku obligacji – nawet państwo może zbankrutować i nie wykupić swoich obligacji. Z naszego punktu widzenia więc wartość takiego papieru zależy od szacowanego prawdopodobieństwa takiego bankructwa. Im wyższe – tym wartość niższa.

Zastanówmy się też nad akcjami. Akcje to udziały w przedsiębiorstwach. Zakup określonej ilości akcji jest równoważny zakupowi określonego udziału w przedsiębiorstwie. Uprawnia nas do głosowania na walnych zebraniach akcjonariuszy i do udziału w zyskach wypłacanego w formie dywidendy.

Kiedyś – bardzo dawno temu – była to podstawowa funkcja akcji. Kupujący akcje liczył na to, że dzięki decyzjom podejmowanym przez walne zgromadzenie akcjonariuszy przedsiębiorstwo będzie prosperować, dywidendy będą wysokie, a w razie potrzeby akcje będzie można sprzedać z przyzwoitym zyskiem. Inwestowano w akcje długoterminowo – zmiany na rynku nie były dość szybkie i częste, aby faktycznie dało dorobić się na obrocie spekulacyjnym.

Wycena akcji też nie była taka prosta – w końcu, jeśli mamy np. 10% udziałów w jakimś przedsiębiorstwie, powstaje pytanie – ile ono faktycznie jest warte? Metod wyceny przedsiębiorstw jest cała masa – i nie ma mocnych, żeby wyceny firmy według kilku metod zgadzały się. Znowu – wartość akcji w oczach inwestora zależna jest od jego WIARY w wartość przedsiębiorstwa, zyski z dywidend, jakie uda mu się uzyskać i cenę, za jaką w razie potrzeby uda mu się te akcje sprzedać.

Niezależnie od stosowanej metody wyceny – czy będzie to wycena księgowa, szacowane zyski w określonym okresie, czy coś jeszcze innego – należy spodziewać się jednak pewnego istotnego zjawiska: indeksy giełdowe – będące pewnym agregatem wartości przedsiębiorstw notowanych na giełdzie – powinny rosnąć w tempie zbliżonym do tempa wzrostu gospodarki. Część przedsiębiorstw może zyskiwać na wartości, część tracić, ale agregat oparty na wartości przedsiębiorstw stanowiących dużą część gospodarki danego regionu powinien reprezentować ogólną kondycję całości. Nie przypadkiem giełda od dziesiątków lat nazywana była barometrem gospodarki.

Od pewnego czasu jednak coś przestało się tutaj zgadzać – w stosunkowo powoli rozwijających się bogatych krajach tempo wzrostu indeksów giełdowych było wielokrotnie wyższe niż tempo wzrostu samej gospodarki. Dotyczy to jeszcze bardziej krajów, gdzie giełda została odkryta stosunkowo niedawno – np. Polski. Tu przy kilkuprocentowym rocznym wzroście PKB rozmaite fundusze inwestycyjne (w tym emerytalne) raportowały dwucyfrowy wzrost wartości jednostek udziałowych. Dlaczego?

Tu przychodzą na pomoc podstawowe zasady ekonomii. Kiedy cena jakiegoś dobra dostępnego w ograniczonej ilości zaczyna szybko rosnąć? Proste – w wypadku przewagi popytu nad podażą. Na giełdach ta przewaga była znacząca – w końcu spółki giełdowe nie pojawiają się jak grzyby po deszczu, a na giełdę trafia regularnie gigantyczny strumień pieniędzy – nasze składki emerytalne (a dokładniej ich część). Ogromna część kapitalistycznego świata odkłada na emeryturę na giełdzie – amerykańskie programy 401K oraz inwestycje osób oszczędzających indywidualnie, europejskie obowiązkowe ubezpieczenia emerytalne – popyt na jakiekolwiek papiery wartościowe jest ogromny. To, siłą rzeczy powoduje wzrost cen. Ceny akcji zaczynają być oderwane od rzeczywistej wartości firm – znacznie mocniej wpływają na nie emocje pracowników działów inwestycyjnych dużych funduszy.

To oderwanie od rzeczywistości widać dość wyraźnie – wszelkie trendy dotyczą nie notowań pojedynczych przedsiębiorstw, a całych gałęzi gospodarki. Najlepszym przykładem jest tu “bańka .com”, ale podobnych (choć mniej wyrazistych) przykładów da się znaleźć wiele. Kupowanie czy sprzedawanie jak leci wszystkiego pasującego do określonego wzorca stało się automatyczne – w końcu nie można tracić czasu na zastanawianie się, bo uprzedzi nas konkurencja. Inwestorzy przestają orientować się w tym, co sprzedają – co dane przedsiębiorstwo sobą reprezentuje, kto nim zarządza, jakie ma perspektywy. Znają skrót, sektor do jakiego należy i (jeśli dobrze pójdzie) pamiętają z grubsza wykres cen akcji tego skrótu. Dotyczy to zresztą nie tylko akcji – dla większości handlujących na rynku walutowym PLN to trzy literki z przypiętą łatką “Europa Wschodnia”, nie wszyscy nawet wiedzą, gdzie kraj używający takiej waluty dokładnie leży…

Warto jeszcze zauważyć jeden drobiazg – nikt specjalnie z tym oderwaniem od rzeczywistości się nie kryje. Jak często wiadomości giełdowe zawierają informacje o spadkach czy wzrostach z powodu “nastrojów inwestorów”, a jak często mamy do czynienia z informacjami o spadkach czy wzrostach z powodu wyjątkowo dobrych perspektyw danej firmy? Porównajcie sobie 😉

Sytuacja na giełdzie wygląda więc dość prosto – pakujemy tam pieniądze wszyscy (mniej lub bardziej dobrowolnie), kto wycofa się w odpowiednim momencie – jest do przodu. Jeśli ktoś będzie czekał za długo – trafi na moment, gdy pojawiają się Bardzo Złe Wiadomości (TM) i jest w d…e. Piramida finansowa jak się patrzy. Zdali sobie z tego sprawę niektórzy ludzie na zachodzie – taki Madoff na przykład. Jego fundusz inwestycyjny prosperował świetnie, do momentu krachu giełdowego – w sumie udziałowcy tego funduszu wyszli na całym interesie niewiele gorzej, niż wyszli by na giełdzie 😉

Gigantyczny popyt na papiery wartościowe wywołał groźne zjawisko – pojawienie się na giełdzie wszelkiej maści “instrumentów pochodnych”. Pakowane w pakiety kredyty hipoteczne, swapy i wiele innych podobnych wynalazków znalazło kupców właśnie dzięki przeinwestowaniu giełdy – ludzie brali wszystko, licząc na to, że przyniesie to jakiś zysk. Zazwyczaj nie zawracali sobie głowy analizą szczegółów – wystarczyło, że jakaś agencja ratingowa stwierdziła, że dany papier jest koszerny i kupcy zabijali się wręcz o niego.

W takim układzie dużo nie potrzeba – wystarczy jedna dostatecznie zła wiadomość (choćby problemy z kredytami subprime) i cały układ wali się jak domek z kart – wszyscy dostrzegają nagle, że król jest nagi i wycofują swoje pieniądze czym prędzej. I tak zostanie jeszcze na długo – przecież banki, fundusze, ekonomiści ani politycy nie powiedzą tego publicznie. Zamiast tego wpakują gigantyczne pieniądze w reanimację trupów – szykując nam jeszcze paskudniejszy kryzys za czas jakiś.

Połącz kropki…

Czytam sobie dość regularnie informacje dotyczące giełdy, rynków walutowych itp. Tak dla relaksu – na giełdzie nie gram, z walut tak naprawdę ważny jest dla mnie kurs franka i stopy procentowe w Szwajcarii, a i wykształcenia ekonomicznego nie mam (to ostatnie najprawdopodobniej ułatwia mi zrozumienie tego, co się dzieje – nie mam nap… w głowie teoriami różnych profesorów). Od jakiegoś czasu zaczynam dostrzegać dość interesujący zestaw zjawisk – i coś mi mówi, że są ze sobą mocno powiązane…

Zjawisko pierwsze – rosnące kursy walut (w stosunku do złotówki). Rośnie kurs dolara – waluty kraju, w którym cały ten burdel się zaczął. Rośnie euro – waluta krajów, z których banki ostro inwestowały na amerykańskim rynku. I wreszcie frank szwajcarski – ulubiona waluta polskich kredytobiorców. Co ciekawe nie rośnie Funt… Gwałtowny wzrost kursu franka jest prosty do wyjaśnienia – podaż na rynku jest niewielka (banki nie udzielają obecnie kredytów w CHF), popyt jest duży (ludzie kredyty spłacać muszą). Odkładamy go na bok. Kredytów w euro i dolarach tak wielu jednak nie było – a kurs idzie w górę ostro. Nie bierze się to z nikąd – kurs waluty (czy cena czegokolwiek innego) rośnie, gdy popyt na nią przekracza podaż. Ci rodacy, którzy w panice kupowali dolary i euro, już je kupili – a kurs rośnie dalej. Ciekawe, kto kupuje…

Zjawisko drugie – banki nie chcą udzielać nowych kredytów, nawet wiarygodnym klientom. Można to zrozumieć na dzikim zachodzie – tam wiarygodnych klientów wielu już nie zostało, a banki są biedne jak mysz kościelna… U nas jednak banki miały ostatnio rekordowe wyniki, a z inwestycjami na zachodzie jakoś nie szalały – kasę powinny mieć

Zjawisko trzecie – banki oferują lokaty na bardzo korzystnych warunkach. Niby fajnie, tylko skąd mają wziąć pieniądze na odsetki? Bank zarabia na udzielaniu kredytów, lokaty oferuje po to, żeby mieć z czego te kredyty udzielać (a konkretnie na zabezpieczenie udzielonych kredytów w systemie rezerw cząstkowych). Jeśli bank przyjmuje lokaty, a kredytów nie udziela – wyraźnie planuje zostać instytucją charytatywną, albo Grobelnym Bis

Połączmy teraz kropki. Do połączenia trzech kropek potrzebujemy oczywiście trzech kresek – tu posłużymy się dwoma faktami i jedną plotką.

Fakt pierwszy – zjawisko “polskiego banku” w zasadzie nie występuje. Banki zostały już dawno sprzedane zagranicznym instytucjom finansowym, i są w zasadzie polskimi filiami banków zachodnioeuropejskich i amerykańskich. Nasz geniusz gospodarczy, profesor B.,twierdził, że nieważne, w czyich są rękach – yeah, right.

Fakt drugi – zachodnie banki cierpią na poważny brak pieniędzy. Nawet to, co wyżebrały od rządów, to kropla w morzu potrzeb.

Plotka – od jakiegoś czasu chodzą pogłoski o gigantycznych transferach z banków polskich do ich zachodnich macierzystych instytucji.

Ok – kropki są, kreski są – rysujemy. Wynik jest prosty. Zachodnie banki ściągają pieniądze skąd tylko mogą. Ich polskie oddziały zbierają lokaty (chętnych dużo, kasy na rynku jest ograniczona ilość – więc, jak Grobelny, oferują nierealnie wysokie oprocentowanie), za tą kasę kupują walutę (stąd rosnące stale kursy) i transferują do oddziałów macierzystych (więc nie mają kasy na udzielanie kredytów). Będzie zabawnie, gdy przyjdzie termin wypłat z lokat…

Poprawności dedukcji nie gwarantuję. Może być to w końcu tylko zbieg okoliczności. Ale zapas konserw lepiej w domu mieć 😉

W następnym odcinku: czego nie powiedzą Wam spece od ekonomii, czyli skąd wziął się Światowy Krach Giełdowy (TM)