Tarta łososiowa i sałatka z łososiem

Dwa krótkie przepisy dziś. Pierwszy – przepyszna tarta z wędzonym łososiem. Do zrobienia jej potrzeba: upieczony spód do tarty (przepis gdzieś w poprzednich postach), 2 jajka, małe opakowanie śmietany 18%, 10 deko sera Cheddar (wyjdę na snoba, ale: sera a nie wyrobu seropodobnego za 20 złotych za kilogram) i 25 deko wędzonego łososia (ja użyłem brzuszków z łososia kupionych w zaprzyjaźnionym sklepie rybnym). Ser ścieramy, brzuszki kroimy (albo i nie – ja wrzuciłem do blendera całe, ale większość blenderów nie da rady), wszystkie składniki wrzucamy do blendera. Doprawiamy paroma kroplami świeżo wyciśniętego soku z cytryny, świeżo startą (lub zmieloną – jak kto woli) gałką muszkatułową i czarnym pieprzem (też świeżo zmielonym). Blendujemy, wylewamy na upieczony spód, pieczemy około 20 minut w 180 stopniach (z termoobiegiem, posiadacze prehistorycznych piekarników muszą przycelować sami). Jeśli ktoś chce (polecam), można tartę z wierzchu udekorować przed pieczeniem jakimiś warzywkami – ja dałem pomidorki pokrojone w plasterki.

SDC12906

Drugi przepis to “wariacja na temat” standardowego dania letniej kuchni kawalerskiej u mnie w domu – nadająca się na śniadanie, obiad i kolację sałatka z mięsem.

W skład sałatki wchodzą obowiązkowo: średniej wielkości brokuł (można gotować, można dać surowy – jak kto woli, dajemy oczywiście same różyczki bez “pnia”), sałata albo mieszanka sałat ze sklepu (tylko koniecznie je umyjcie!!!), makaron typu kokardki (tak z pół opakowania, ugotowane al-dente). Do tego dorzucamy owoce i warzywa na zasadzie “na winie” – w sałatce na obrazku jeszcze są: rzodkiewki, żółta papryka, mieszanka kiełków różnych roślinek. Dowolne inne sezonowe warzywa też doskonale się sprawdzą. Sałatka ma być z mięsem – ja użyłem 40dkg pokrojonych wędzonych brzuszków łososia, można też użyć pokrojonego w kostkę podsmażonego kurczaka albo tzw. “paluszków krabowych”. Do kompletu oczywiście przyda się jakiś spajający ją sos – ja robię takowy z dużego opakowania jogurtu greckiego (lub bałkańskiego), małego jogurtu naturalnego i zestawu przypraw (pieprz, papryka, czosnek niedźwiedzi, lubczyk i co tam jeszcze z półki złapię). Wszystko trzeba wymieszać, odstawić na jakąś godzinkę i jest pycha. Jadalne przez kilka kolejnych dni – spokojnie sam wykańczam michę takiej sałatki zanim choć pomyśli o przeterminowaniu się… Pełny, zbalansowany posiłek 😀 (no, prawie pełny – piwo do niego trzeba dokupić).

Makaron można zastąpić smażonymi lub pieczonymi ziemniaczkami pokrojonymi w kostkę (młodziutkie ziemniaczki… mniam…) albo np. grzankami. Mięso (jeśli ktoś jest z wyznania wegetarianinem wojującym i nawet nad rybkami się lituje) – serem feta albo tofu.

SDC12905

Powrót Tarty

W dzisiejszym odcinku dwie stosunkowo proste do zrobienia i megasmaczne tarty

Tarta Flambee

Potrzebna nam będzie: duża (400ml) śmietana 18%, duża cebula, 20 deko boczku wędzonego, upieczony spód na tartę (przepis standardowy). Cebulę kroimy tak drobno, jak się da (najlepiej na jakiejś szatkownicy), boczek kroimy w kostkę (też raczej drobną). Cebulę i boczek mieszamy ze śmietaną, masę wykładamy na spód tarty i wrzucamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na jakieś 15 minut. Najlepsze będzie ciepłe z jasnym zimnym, ale na zimno też jest jadalne. Wygląda tak:

Tarta cytrynowa

Tym razem spód dobrze jest zrobić z dodatkiem cukru pudru (tak z 5 deko, reszta składników identyczna). Do masy potrzebujemy: 5 jajek, 15 deko cukru pudru, 200ml śmietany 30% (małe opakowanie), starta na drobnej tarce skórka i wyciśnięty sok (wyciskarką) z dwóch sporych cytryn.Wszystkie składniki masy mieszamy mikserem, wylewamy na tartę (uwaga, płynne – najlepiej wstawić spód do piekarnika i dopiero zalewać), pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Jakąś godzinkę po wyjęciu z piekarnika można posypać cukrem-pudrem z wierzchu (ale nie trzeba). Gotowa (ale bez posypki) wygląda tak:

Imperium Tart Kontratakuje

Ok, dziś kolejny odcinek z serii “how to…” – tym razem jedna tarta obiadowa i jedna deserowa

Tarta ze szpinakiem

Jedna z wielu tart tego rodzaju – do tej będziemy potrzebować: szpinak (ja użyłem mającego ok. 350 gram opakowania mrożonego siekanego szpinaku, ale można i ze świeżym się bawić), koło 200 gram sera typu feta (ja wziąłem opakowanie Favity), słoik suszonych pomidorów, 10-12 czarnych oliwek i przyprawy (u mnie: świeżo zmielony pieprz, świeżo starta gałka muszkatułowa, słodka i ostra papryka, majeranek, oregano, bazylia, czosnek niedźwiedzi i świeżo starty imbir). Do tego oczywiście przyda się wcześniej upieczony spód (barbarzyńcy użyją gotowego ciasta francuskiego, reszta może użyć np. mojego przepisu).

Cała operacja jest banalna – fetę trzeba pokruszyć lub pokroić w kostkę (jak kto chce), pokroić pomidorki i oliwki. Szpinak trzeba podsmażyć na masełku, najlepiej z kilkoma główkami czosnku (można bez). Świeży smażymy aż “zwiędnie” (zobaczycie sami), mrożony musi najpierw się rozmrozić (może na patelni), a potem stracić nieco wody. Wszystkie składniki mieszamy ze sobą, doprawiamy (więcej = lepiej, przynajmniej z mojego punktu widzenia) i wrzucamy do wcześniej przygotowanego spodu. Pieczemy jakieś 30-40 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni (wersja z termoobiegiem, bez trzeba by pewnie z 200)

Gotowa tarta wygląda tak:

Tarta czekoladowa z gruszkami

Ok… tu będzie trudniej. Wyjaśnienie kilku operacji znajdziecie po przepisie. Potrzebne nam będą: gotowy spód (można go zrobić z dodatkiem cukru pudru i kakao), gruszki (tak ze trzy-cztery, najlepiej twarde), pięć jajek, łyżka stołowa mąki, 50 gram masła (ćwierć kostki, masło powinno być prawdziwe a nie z margaryną), 350-400 gram czekolady (ja użyłem 150 gram gorzkiej i 200 gram mlecznej od Wedla).

Na dobry początek: gruszki obieramy ze skórki, kroimy i układamy na przygotowanym wcześniej spodzie. Twarde, jeszcze zielone gruszki obiera się i kroi lepiej.

Teraz tak: czekoladę łamiemy na kostki i topimy razem z masłem w kąpieli wodnej (wyjaśnienie dalej). Żółtka jajek oddzielamy od białek (wyjaśnienie dalej). Żółtka i mąkę mieszamy z roztopioną czekoladą tak, aby uzyskać gładką masę (cały czas robimy to w kąpieli wodnej). Białka szybciorem ubijamy (wyjaśnienie dalej) i mieszamy z czekoladą i całą resztą (nadal w kąpieli). Uzyskaną masą zalewamy spód z gruszkami, wrzucamy do piekarnika. Ja swoją tartę piekłem 20 minut w 180 stopniach – po upieczeniu powinna nadal być nieco wilgotna w środku.

Gotowa tarta wygląda tak:

Wyjaśnienia trudniejszych operacji

Kąpiel wodna – bierzemy np. dużą patelnię (lepiej taką, której nie szkoda porysować albo której to nie zaszkodzi – np. ceramiczną) i spore żaroodporne naczynie (ale mieszczące się w patelni). To, co chcemy rozpuścić lub gotować w kąpieli wodnej dajemy do żaroodpornego naczynia, naczynie wstawiamy do patelni, wlewamy też do patelni wrzątek. Patelnię trzymamy na gazie (żeby woda nie ostygła). Zawartość naczynia będzie podgrzewana, ale nie bezpośrednio przez gaz (mniejsza szansa, że coś się przypali itp). Filmik z tutorialem z YT znajdziecie np. tu: kąpiel wodna czekolady

Oddzielenie żółtek od białek – ja robię to prymitywną metodą – rozbijamy jajko (nad naczyniem, w którym ma być białko tak), by skończyć z dwiema połówkami skorupki w łapce. W jednej z nich będzie żółtko + trochę białka, reszta białka wycieknie od razu. Przelewamy delikatnie żółtko z jednej połówki skorupki do drugiej, za każdym razem trochę białka oddzieli się od reszty i spłynie do naczynia. Na koniec zostajemy z samym żółtkiem, które umieszczamy gdzie tam akurat chcemy. Można stosować inne techniki – choćby pokazaną w , albo wykorzystać dedykowany hardware.

Ubijanie białek – bierzemy mikser, zakładamy na niego ubijaki i ubijamy. w sumie zero filozofii. Trzeba to tylko robić w dostatecznie dużym (piana będzie miała większą objętość niż białka po oddzieleniu) i odpornym (żeby nie zdemolować) naczyniu. Sympatyczna pani z tego wideo nauczy, jak to zrobić prawidłowo.

I to na tyle. Have fun i smacznego.

Kuchnia Pietii powraca

Ok, dawno nic nie pisałem o gotowaniu i okolicach – a przecież ten temat całkiem lubię. Dziś parę przepisów sprawdzonych, w miarę prostych i naprawdę smacznych. Przepisy w wersji “dla opornych” – suchą listę składników możecie sobie znaleźć gdzieś indziej…

Makaron w sosie serowym

Tak na dobry początek – wyżerka możliwa do zrobienia w max. 15 minut. Potrzebujemy: jakieś 10 deko sera pleśniowego (odmiana z widoczną pleśnią – np. Lazur), małą śmietanę 12 lub 18%, 10 deko boczku pokrojonego w kostkę (opcjonalne, można zrobić bez i też jest dobre), no i oczywiście makaron. Gotujemy makaron – typowy na al dente gotuje się jakieś 10 minut, w tym czasie spokojnie możemy robić sos. Na patelnię wrzucamy boczek i pokruszony ser pleśniowy, czekamy aż boczek zacznie skwierczeć a serek się topić (zdecydowanie pomaga w tym włączenie gazu/prądu 😉 ). Gdy serek się nieco podtopi, dodajemy do tego śmietanę. Warto pamiętać o mieszaniu co czas jakiś. Ugotowany makaron mieszamy na patelni z sosem, podajemy póki ciepłe. Miłośnicy zieleniny mogą dorzucić do sosu natkę pietruszki albo nieco szczypiorku – smaku nie zepsuje. Sos dobrze pasuje też do raviolli, tortellini, pielmieni, uszek i tym podobnych wynalazków – w takim wypadku sugeruję wersje bez boczku.

Tarty – ciasto

Standardowy przepis na ciasto do tart, quiche i innych podobnych rzeczy robionych przez Pietię. Składniki na typową ikeową foremkę do tart: 20 deko mąki, pół kostki masła, szczypta soli, ćwierć szklanki wody. Zagniatamy wszystko razem – ciasto powinno wyjść lepkie od masła (jeśli nie jest lepkie – jeszcze nie jest zagniecione prawidłowo). Następnie wrzucamy do woreczka na mrożonki i wkładamy do lodówki na jakąś godzinkę. Potem trzeba je rozwałkować. Jeśli jest zbyt lepkie i nie daje się rozwałkować – było w lodówce za krótko, można włożyć je ponownie do lodówki albo pomagać sobie przez podsypanie go mąką (trochę i tak trzeba, nawet gdy jest ok). Jeśli jest zbyt twarde – trzeba nabrać siły na siłce albo poczekać kilka minut, aż się ogrzeje. Rozwałkowany placek powinien być z grubsza okrągły, większy od formy (tak, żeby starczyło nie tylko na spód ale i brzegi). Wykładamy formę ciastem, przykrywamy papierem do pieczenia i wysypujemy na ten papier około pół kilo fasoli (żeby ciasto przy pieczeniu nam się nie podniosło). Pieczemy jakieś 20 minut w piekarniku ustawionym na 180 stopni (wersja z termoobiegiem).

Jeśli robimy tartę na słodko – można dorzucić parę łyżeczek cukru-pudru do ciasta. Do tart czekoladowych dodaję też trochę kakao (zastępuję nim tak z 1/3-1/4 mąki).

Tarta dyniowa na słodko

Potrzebna będzie dynia – ja zwykle kupuję taką w okolicach 3.5 kilo, starcza na dwie tarty (serio). Poza tym pół litra skondensowanego mleka, trzy jajka, 10 deko cukru. Do kompletu można dołożyć świeżo startą skórkę pomarańczową lub cytrynową (zależnie od preferencji) i cynamon (niedużo – jakieś 1/2 łyżeczki).

Najwięcej zabawy jest z dynią. Dobrze jest ją umyć 😉 . Następnie trzeba ją pokroić na mniejsze kawałki i wyciąć miąższ – pozbywamy się skórki oraz farfocli oraz pestek ze środka. Sam miąższ trzeba pokroić na kawałki (im mniejsze tym lepiej), wrzucić na patelnię (moja patelnia do tej zabawy ma taką samą średnicę jak foremka do tarty, jest jakieś 2 razy wyższa i powinna być pełna kostek dyni) i poddusić (w ramach oszczędzania energii pamiętajcie o przykrywce!). Duszony zrobi się miękki i zacznie wydzielać wodę – interesuje nas zrobienie z niego w miarę miękkiej masy i odparowanie większości wody. W trakcie duszenia dodajemy cukier, skórkę pomarańczową i cynamon.

Podduszoną masę trzeba potem ostudzić i zmiksować z jajkami i mlekiem skondensowanym. Uzyskana masa będzie dość płynna, także należy trzymać się teraz następującej procedury: umieszczamy formę z wstępnie podpieczonym ciastem w piekarniku. Teraz zalewamy ją naszą masą mleczno-dyniowo-jajeczną, i zamykamy piekarnik. Trzeba oczywiście ostrożnie (żeby się nie poparzyć). Alternatywna wersja (najpierw zalewamy, potem wstawiamy do piekarnika) z dużym prawdopodobieństwem skończy się sprzątaniem kuchni. Jeśli ktoś chce – można przed rozpoczęciem pieczenia posypać tartę np. orzeszkami piniowymi.

Tartę pieczemy najpierw 20 minut w 200 stopniach, potem można zmniejszyć temperaturę do 180 i piec kolejne 40 minut.

Tarta dyniowa z serem pleśniowym i oliwkami

Potrzebne będzie – znowu – pół dyni, mała śmietana, 15 deko sera pleśniowego (można więcej), jedno jajko, czarne oliwki, przyprawy (w moim wypadku sól, pieprz i świeżo starta na tarce gałka muszkatułowa). Dynię przygotować należy tak jak w poprzednim przepisie – wyciąć to, co zbędne, a miąższ poddusić na patelni (tym razem nie dodajemy cukru itp.). Podduszony i przestudzony miąższ mieszamy z jajkiem i śmietaną (nie używam całej, tak 2/3 opakowania), przyprawiamy, zalewamy foremkę z ciastem. Tym razem nie trzeba kombinować z robieniem tego w piekarniku – masa jest dość gęsta. Kroimy oliwki (ile kto tam chce) na połówki i dekorujemy nimi tartę. Następnie posypujemy po całości pokruszonym albo pokrojonym w kostki serem pleśniowym. Pieczemy jakieś 40 minut w 180 stopniach.

Smacznego!

W nagrodę dla tych, którzy przebili się przez ścianę tekstu – tarta dyniowa z oliwkami i serem pleśniowym wygląda tak:

Kuchnia Pietii strikes back

W dzisiejszym odcinku robimy schab pieczony – moje danie tygodnia (znaczy, jem to od wtorku).

Absolutnie niezbędne będą:

  • schab (tyle, ile akurat będzie pod ręką, ja użyłem coś koło 0.5 kilograma)
  • piekarnik (dobro trwałe, nie zużyje się podczas pieczenia… raczej)

Dodatkowo mogą się przydać:

  • olej roślinny (ja używałem rzepakowego)
  • przyprawa Curry (najlepiej Tikka) – jeśli ktoś jeszcze nie zorientował się, jak ją lubię, może grać Willa Smitha grającego lebiegę w Jestem Lebiegą 😉
  • cebula
  • czosnek
  • sól
  • śmietana albo jogurt (opcjonalnie)
  • rękaw foliowy do pieczenia
  • lodówka (zostawianie schabu na noc poza nią to proszenie się o kłopoty)

Cała operacja zajmie dwa dni.

Dzień pierwszy

Bierzemy 3-4 łyżeczki przyprawy curry, trochę soli, mieszamy z 1-2 łyżeczkami oleju i opakowaniem chudej śmietany albo jogurtu naturalnego. Jeśli ktoś nie chce używać śmietany/jogurtu, potrzeba będzie więcej oleju. Do tej mieszanki dodajemy: wyciśnięty ząbek czosnku i posiekaną na drobno cebulę. Całość starannie mieszamy (można zmiksować w blenderze).

Schab (oczywiście umyty) wkładamy do miski z marynatą i zostawiamy do jutra w lodówce.

Dzień Drugi

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wkładamy schab do rękawa (foliowego, nie koszuli 😉 ), rękaw na blachę i do piekarnika. Pieczemy 30 minut, potem zmniejszamy temperaturę do 180 stopni, kolejne 30 minut i wyłączamy piekarnik. Schabik zostaje w środku do momentu ostygnięcia piekarnika (jeszcze się trochę podpiecze, a energię zaoszczędzimy 😀 ).

Dzień Drugi później (albo dzień trzeci i kolejne)

Kroimy kawałek schabu. Kładziemy na talerz. Można dodać do tego jakiś sos (nie trzeba), można podać z ryżem, makaronem albo ziemniakami, można z kaszką cous-cous (polecam, pycha). Mój ulubiony zestaw to cous-cous robiony w bulionie z kostki (przepis niżej), do tego Chutney (ze sklepu) w charakterze “sosu”, kiszony i piwo 😀 . Niby nie powinno do siebie pasować (przyprawa indyjska, dodatek angielski, świnia i kiszony polskie, wypełniacz arabski, piwo mokre) ale działa świetnie w zestawie.

Cous-cous w bulionie

Wersja na dwie osoby (na jedną trudno zrobić 😉 ):

Gotujemy wodę. Zagotowaną wlewamy do kubka (powinien mieć rozmiar 1.5 filiżanki), wrzucamy kostkę bulionu i mieszamy do rozpuszczenia. Do miski (większej, objętość głębokiego talerza) wsypujemy filiżankę cous-cous, zalewamy bulionem. Przykrywamy miskę czymś (pokrywka od garnka, talerz czy coś w tym rodzaju) i czekamy 10 minut. Gotowe.

Z cyklu “Pietia karmi”

Wprosiła się dziś do mnie na obiad rodzinka. Trzeba było zrobić coś na szybko – kein problem. Zrobiłem kurczaka w sosie curry.

Potrzebne są (na 4 głodne osoby):

-pierś kurczaka (około 0.5kg, można zastąpić indykiem albo świniną)

-dymka (pęczek)

-pieczarki (kilka)

-pędy bambusa (10 deko, opcjonalne)

-pasta curry (łyżka, ja użyłem czerwonej)

-olej sezamowy (4 łyżki)

-mleko kokosowe (250ml)

-olej sojowy (2 łyżki)

-sos rybny (2 łyżki)

-cytryna (w zasadzie to sok z cytryny, łyżka)

-ewentualnie jakieś inne warzywko

-olej ryżowy do smażenia

-ryż

-opcjonalnie świeżą kolendrę (tak z 10 gałązek) do posypania całości na końcu

-mielony imbir

-mieszanka przypraw do curry

Najpierw stawiamy ryż – niech się gotuje – i zaczynamy podgrzewać olej w woku.

Następnie mieszamy sos: pasta curry, sos rybny, sojowy, sok cytrynowy, mleko kokosowe i olej sezamowy mieszamy w blenderze (można ręcznie, ale po co?) i odstawiamy na bok.

Warzywka wszelakie oraz kurę myjemy, suszymy, kroimy na drobno. Gdy olej w woku zacznie dymić, można wrzucić tam kurę (ostrożnie,żeby nie zachlapać całej kuchni i kucharza wrzącym olejem). Po 4 minutach dorzucamy warzywka. 2-3 minuty później wlewamy przygotowany wcześniej sos. Warto pamiętać o okresowym mieszaniu (po co ma się do dna woka przyczepić). Teraz wszystko na małym ogniu gotujemy do momentu, gdy ryż będzie gotowy.

Gorący ryż na talerz, na to łycha dobra wszelakiego z woka, posypujemy posiekaną kolendrą, doprawiamy imbirem i przyprawą do curry (można dużo). Podawać z jasnym zimnym 😀 .

Barbarzyńcy i osoby z małą ilością wolnego czasu mogą zastąpić świeże warzywa mrożoną mieszanką do woka – świetną robi Findus (polecam tajską, ale wietnamska, chińska i classic też są niezłe).

To wszystko przez Christofa

Sam zaczął pisać o robieniu żarcia… Trudno, trzeba dołączyć. Sałatka z kurczaka na następny tydzień:

  • ananas w puszce – potrzebny będzie i sam ananas (pokrojony w miarę możliwości drobno) i sok
  • mały słoik majonezu
  • przyprawa curry
  • paczka suszonych śliwek
  • pierś kurczaka

Kroimy kurczaka w kostkę (im drobniej tym lepiej) i smażymy (najlepiej bez oleju na patelni grillowej). Równolegle kroimy ananasa i śliwki (im drobniej tym lepiej). Sok z ananasa mieszamy z łyżką przyprawy curry (odważni mogą dwie, ja planuję eksperyment z trzema) i majonezem, tak, żeby dostać “dressing”. Teraz bierzemy dużą michę i mieszamy wszystko do kupy. Odstawiamy do lodówki na noc. Można jeść na śniadanie, obiad i kolację, pod wszystko – od szklanki wody w górę.

Jak dobrze pójdzie to po weekendzie będą fotki pomalowanych facetów w turbanach (do Infinity). Chyba, że nie będzie mi się chciało. Albo coś wypadnie…