Czego oczekuję od gry bitewnej 2: Więcej o zasadach

Czego oczekuję od gry bitewnej 2: Więcej o zasadach

Pisałem ostatnio o tym, czego oczekuję od bitewniaka i co decyduje, że moja przygoda z jakąś grą zacznie się (ważna sprawa) i nie skończy się od razu (też ważne 😉 ). Temat zasad potraktowałem jednak bardzo skrótowo. Dlaczego? Prosty powód – inaczej byłby to bardzo długi post skupiający się w zasadzie tylko na tym temacie. Prędzej czy później jednak wypada o tym napisać szerzej – to więc właśnie robię.

Poziom złożoności

Pierwsza rzecz, którą często dostrzegamy w wypadku zasad to ich poziom złożoności. Niektóre systemy są proste jak konstrukcja dzidy bojowej, inne są bardzo złożone. Gdy byłem młodszy i miałem dużo wolnego czasu fascynowały mnie złożone systemy – Battletech, Warzone czy Infinity świetnie pasowały do mojego poglądu na temat tego, jaki powinien być “dobry” system bitewny. Prostsze systemy jakoś mi “nie wchodziły” – uważałem, że nie dają dostatecznie dużych możliwości kombinowania. Trwająca tydzień bitwa w Battletechu na kilka tysięcy ton rozgrywana z wykorzystaniem wszystkich zasad opcjonalnych wydawała się być dokładnie tym, o co chodzi.

Z biegiem czasu nauczyłem się doceniać prostotę systemów. System nie musi, a nawet nie powinien być skomplikowany – powinien być oparty o proste mechanizmy, które będę w stanie łatwo wytłumaczyć komuś, kogo uczę gry. Jednocześnie mechanizmy te powinny pozwalać na dużą elastyczność. System musi być, jak to mówią w dzikich krajach “easy to learn, hard to master”.

Dziś duża ilość złożonych mechanik zdecydowanie zmniejsza szansę na to, że postanowię “wejść” w jakiś system. Nie chodzi tu o to, że na dużą ilość mechanik jestem za głupi 😉 – charakter mojej pracy wymaga umiejętności ogarnięcia dużej ilości współzależności i “żonglowania” nimi w głowie, jak również pamiętania sporej ilości informacji. Radzę sobie z tym bardzo dobrze, jednak wolałbym, żeby gra w niektóre systemy nie wyglądała jak praca. Ostatnio z jednym z kumpli zaczęliśmy się bawić (na razie nieśmiało) w 3 edycję Infinity i już widzimy, że ilość pracy, jaką trzeba będzie włożyć w opanowanie zasad na poziomie pozwalającym na takie kombinowanie, jak przy na przykład Malifaux będzie spora.

Wygląda swoją drogą na to, że problem dostrzegają też twórcy bitewniaków (wreszcie…). O ile trudno mi sobie wyobrazić uproszczenie Infinity bez totalnej przebudowy systemu (choć drobne racjonalizacje można wprowadzić – o tym dalej), o tyle okazuje się, że takie 40K czy Warmahordy da się spokojnie zracjonalizować. Zasady nowego 40k wyglądają może i jak coś wyjętego z mroków średniowiecza, jeśli chodzi o użyte mechaniki, ale są przynajmniej w miarę rozsądnie sformułowane i niezbyt złożone. Warmahordy zostały oczyszczone z zasad, które niespecjalnie miały sens (np. Morale) i też moim skromnym zdaniem im to pomogło.

Losowość

Systemy bitewne zawierają pewien element losowości – to całkiem naturalne, w końcu pole bitwy powinno być w pewnym stopniu nieprzewidywalne. Warto jednak pamiętać, że losowość można wprowadzić do gry lepiej lub gorzej 😉 . Lubię, gdy system daje mi pewien poziom przewidywalności lub kontroli nad losowością – dzięki temu mogę cokolwiek próbować zaplanować.

Systemy takie, jak WFB czy czterdziestka (ale i w pewnym stopniu Dropzone Commander) osiągają to (mniej lub bardziej świadomie) poprzez podejście “wiaderko kości” – gdy rzucamy kilkadziesiąt K6 by rozstrzygnąć atak jednego oddziału wyniki są w miarę przewidywalne. Oczywiście czasem załapujemy się na niespodziankę, ale zazwyczaj jednak wyniki za bardzo od oczekiwanych nie odbiegają.

Warmahordy również całkiem elegancko rozwiązują problem losowości – jak najbardziej istnieje, ale wynik rzutu to suma oczek z 2+ kostek. Jeśli ogarniamy rachunek prawdopodobieństwa na przynajmniej podstawowym poziomie, łatwo jest nam określić, czy warto dołożyć kostek do rzutu itp… Podobnie, jak w wypadku wiaderka kości wykorzystanie sumy kości z rzutu daje nam przewidywalność, a dodatkowo mamy w wielu wypadkach możliwość zmodyfikowania prawdopodobieństw przez dołożenie kostek. Fajna sprawa.

Mechanizm rzutów z Heavy Gear Blitz też jest całkiem sympatyczny – rzuty przeciwstawne kilkoma K6, w których liczy się najlepszy wyrzucony wynik (+1 za każdą dodatkową “6” w starszych wersjach, za każdy dodatkowy wynik >= próg sukcesu w nowej), a wynik testu to różnica między wynikami obu graczy. Ponownie – możliwości zarządzania ilością kości pozwalają na sensowne zarządzanie ryzykiem.

Bardzo elegancko problem rozwiązuje Malifaux – wykorzystanie kart pozwala na kontrolę i przewidywanie na wiele sposobów. Możemy liczyć karty (przydatna sprawa – jeśli wysokie już zeszły, to wiadomo, że niektóre testy po prostu nie wyjdą), kombinować z positive/negative flipami… Możemy też cheatować – fajnie jest czasem wiedzieć, że jeśli bardzo zależy mi na konkretnym wyniku, z dużym prawdopodobieństwem będę w stanie go osiągnąć. Wszystko to dzięki prostemu mechanizmowi, który wzbogaca rozgrywkę o wiele dodatkowych decyzji. Złośliwi twierdzą, że systemy oparte na kartach lubię, bo karty lubią mnie – odpowiadam na to “git gud”.

To, czego nie lubię to losowość, na którą mój wpływ jest niewielki. Skirmishe opierające się na K20, nie dające możliwości sensownego zarządzania losowością (poza ew. modyfikatorami dającymi +/- oczko czy dwa do wyniku) są dla mnie zazwyczaj mniej interesujące – mała ilość rzutów powoduje, że losowość daje się w nich bardzo mocno we znaki. Warto zauważyć jednak, że w niektórych wypadkach K20 działa całkiem elegancko – podoba mi się mechanizm rzutów F2F z Infinity.

Dopasowanie mechaniki do świata gry

Jeden z częściej oglądanych przeze mnie youtuberów – Total Biscuit – czasami posługuje się terminem “ludonarrative disonance”. To coś, co pojawia się w sytuacjach, gdy mechanika gry i narracja zaczynają się ze sobą rozjeżdżać.

Niezłym przykładem takiego dysonansu jest dla mnie 40k. Space Marines w uniwersum gry to prawdziwi superżołnierze, mogący walczyć bez problemu z przeważającymi siłami dowolnego wroga. Tak na dobrą sprawę, to jedna drużyna taktyczna powinna spokojnie ogarnąć dowolnego przeciwnika w bitwie na (powiedzmy) 1500 punktów w przerwie na kawę. Na stole jakoś tej potęgi nie czuć. Jasne, jest dużo powodów, dla których tak musi być. GW chce sprzedać więcej niż jednego tacticala każdemu z graczy, armie zazwyczaj są budowane pod kątem skutecznego zwalczania Marines itd.

Z drugiej strony “Herohammer” z którego od wieków śmiali się gracze – tendencja bohaterów w 40k i WFB do bycia prawdziwymi maszynkami do mielenia mięsa, uzbrojonymi po same zęby i mordującymi całe oddziały. Zabawna sprawa – to akurat świetnie pasuje do narracji, w wypadku fikcji pisanej dla obu uniwersów bohaterowie właśnie takimi maszynkami do mięsa są – weźcie takiego choćby Gotreka 😉 .

Kolejny przykład wspomnianego dysonansu – Beyond the Gates of Antares. Teoretycznie mamy tu do czynienia z superzaawansowanymi cywilizacjami toczącymi ze sobą konflikty w zasadzie z nudów (bo w wypadku tak zaawansowanych cywilizacji walka o zasoby nie ma większego sensu). W praktyce jednak mechanika gry jest “drugowojenna” (oparta o silnik z Bolt Action uzupełniony o bardziej rozbudowane charakterystyki jednostek i broni) i naprawdę trudno jest poczuć tę supernowoczesność. Takie np. Infinity daje nam jednak wrażenie kierowania jednostkami korzystającymi z zaawansowanych technologii – różne rodzaje kamuflażu i wizjerów, hakowanie itp. W wypadku BtGA całkiem spokojnie można by było wprowadzić na pole bitwy ekipę amerykańskich GI z Shermanem, odnaleźliby się na nim całkiem nieźle. Dołożenie minimalnie różnicujących różne rasy charakterystyk i przemianowanie StG44 na Plasma Carbine to jednak trochę mało.

Jasne, taki dysonans to kwestia indywidualnego gustu i odczuć na dany temat – ale w sytuacji, gdy czytając podręcznik do bitewniaka zastanawiam się, czy mechanika danego bitewniaka sci-fi nie nadałaby się lepiej do rozgrywania bitew Brytoli z Zulusami coś jest mocno nie tak…

Dopasowanie do siebie elementów mechaniki i potrzeba ich istnienia

Zdarza się czasem, że mechanika systemu bitewnego wygląda, jakby powstała wskutek przeprowadzenia przez jej autorów rajdu na kilka istniejących już podręczników innych systemów. Inspirowanie się cudzymi pomysłami nie jest wcale złe – ale trzeba to robić rozsądnie. Czasem udaje się z takiego innego systemu “pożyczyć” (świadomie lub nie) mechanikę, która w naszym jest całkowicie zbędna.

Rzućmy okiem na Warzone Resurrection – dokładniej jego pierwszą wersję. Na 44 stronie pdf-a z którego korzystam jest sobie wesoły rozdział “Special Close Combat Actions”. Opisuje on różne możliwe rodzaje ataków wręcz, w tym np. możliwość rzucenia modelem na mniejszej podstawce albo przytrzymania go… Wiem, że Warmahordy to całkiem wesoły system, którym można się inspirować na wiele sposobów, ale o ile takie zabawy pasują do gry w której walki wręcz między mechami i potworami są jednym z głównych punktów programu, o tyle w wypadku gry koncentrującej się raczej na starciach piechoty i pojazdów, z których większość odbywa się jednak na dystans jest to raczej zbędne. Swoją drogą twórcy drugiej wersji systemu chyba też to zauważyli – o ile czegoś nie przegapiłem, te elementy mechaniki z niej wyleciały.

Zaangażowanie graczy

Jednym z haseł, którym reklamuje się Infinity jest “it is always your turn”. Twórcy tego systemu (na szczęście wielu innych też) dostrzegli coś, co cały czas umyka projektantom GW: system “I go you go” jest nuuuudny. Naprzemienna aktywacja oddziałów/modeli albo duże możliwości reagowania na poczynania przeciwnika w turze reaktywnej są bardzo ważne dla zaangażowania graczy w grę.

Lubię systemy z naprzemienną aktywacją. Nie chodzi tu tylko o to, że w trakcie tury przeciwnika w 40K czy WFB spokojnie czasem można by było zjeść przyzwoity lunch. Ważne jest też ograniczenie przewagi, jaką ma pierwszy gracz w systemach, w których walka na dystans odgrywa istotną rolę (patrz 40K). Jeśli grający np. zmechanizowaną gwardią przeciwnik ma szczęście i działa pierwszy, może się okazać, że nasza pierwsza tura specjalnie długa nie będzie z braku modeli na stole 😉 (zamiast zmechanizowanej gwardii możecie sobie wstawić tu inną przegiętą armię specjalizującą się w masakrowaniu wroga w pierwszej turze z Waszej ulubionej edycji). Naprzemienna aktywacja pozwala zadziałać oddziałami zanim zostaną zmasakrowane, wprowadza też dodatkowy element kombinowania – co aktywować, w co najpierw strzelać… Zmniejsza to też poczucie bezsilności w trakcie tury przeciwnika.

Z tym poczuciem bezsilności można walczyć też na inne sposoby- nieźle robi to właśnie wspomniane Infinity ze swoimi ARO. Gdy system wchodził na rynek wieki temu nie byłem zwolennikiem tego podejścia (jak również możliwości aktywowania tego samego modelu wielokrotnie), nie do końca łapiąc jeszcze stojącą za tym filozofię – moje spojrzenie było mocno skrzywione przez Warzone i jego system “czekania”: kosztującego akcje w trakcie aktywacji oddziału, wymagającego zdania dodatkowego testu by wykorzystać “zaoszczędzoną” akcję itd. Trochę czasu zajęło mi oswojenie się z ARO i systemem aktywacji, ale teraz cała idea podchodzi mi zdecydowanie bardziej.

Systemy “i go you go” też potrafią działać nieźle, ale jest to nieco rzadsze. Toleruję to podejście w Warmachine, choć przykład Godslayera pokazuje, że bardzo podobna mechanika z naprzemiennymi aktywacjami potrafi działać bardzo elegancko (szkoda, że inne rzeczy w tym systemie mi za bardzo nie podeszły). Ładnie “i go you go” działa w Kings of War – głównie ze względu na to, że tury graczy są dość krótkie i nie czekamy długo na możliwość odgryzienia się przeciwnikowi. Pewnym plusem jest też to, że wszystkie rzuty wykonuje gracz aktywny – więc jeśli ufamy przeciwnikowi możemy spokojnie skoczyć po piwo czy do toalety 😉 .

Czasem twórcy systemu potrafią przegiąć z oryginalnością rozwiązań pod względem organizacji tury. Pisałem kiedyś o In Her Majesty?s Name i zabawnym rozwiązaniu w postaci naprzemiennej aktywacji w każdej z kilku faz tury. Tego typu pomysły moim skromnym zdaniem są przerostem formy nad treścią i zdecydowanie utrudniają rozgrywkę.

Elegancja, precyzja i dopracowanie

Ten element może wydawać się stosunkowo mało istotny (jest czymś, co można naprawić we własnym zakresie, ale jest to pracochłonne), ale jednak dla mnie jest ważny. Lubię, gdy zasady są elegancko rozpisane, w logicznej kolejności i dopracowane. Wkurza mnie, gdy twórcy gry (jak to często ma miejsce np. w wypadku ekipy GW) mają problem z precyzyjnym wyrażaniem myśli na piśmie – zasady to nie felieton, powinny być dopracowane. Nie lubię, gdy zasady związane z określonym fragmentem rozgrywki są rozproszone po całym podręczniku. Chaos i brak precyzji w zasadach to zło. Jeśli system z jakichś innych powodów mi “podejdzie” – przemogę się i w niego zagram, ale będzie to dla mnie dość męczące, zwłaszcza w pierwszych rozgrywkach. Jeśli nie będzie mi na nim jakoś wyjątkowo zależało – przeczytanie podręcznika będzie moim pierwszym i ostatnim kontaktem z tym systemem.

Wyjątkowość i “killer features”

Świat jest pełen systemów, które można określić jako “me too!” – niczym nie wyróżniających się na tle konkurencji, bez ciekawych rozwiązań, będących sprawną, rzemieślniczą robotą (w najlepszym wypadku), ale niczym wyjątkowym. Trochę szkoda na nie czasu. Lubię systemy, które stosują unikalne i mające sens rozwiązania. Jak wspomniałem – nie jestem graczem turniejowym. Jeśli system nie jest sam z siebie interesujący, ale np. bardzo podobają mi się przeznaczone do niego figurki, prędzej zmajstruję dla nich listę armii przeznaczoną dla jakiegoś bardziej interesującego systemu niż zacznę grać w system, który uważam za nieciekawy. Mój czas na granie jest ograniczony (ostatnio bardziej) i szkoda go marnować na coś, co nie wygląda interesująco.

Czego oczekuję od gry bitewnej

Tak na dobry początek – dłuuugo mnie na moim blogu nie było. Mam powód – w ostatnich dniach ubiegłego roku w moim życiu zaszło sporo istotnych zmian, z których najpoważniejszą były narodziny córeczki. Jak się nietrudno domyśleć, nieco wpłynęło to na ilość czasu, jaki mogę poświęcić na hobby. Cały czas próbuję malować i grać, ale robię to rzadziej niż kiedyś…

Czego oczekuję od gry bitewnej

W życiu grałem w wiele różnych gier bitewnych, jeszcze większej ilości przyglądałem się (głównie pod kątem zasad) mniej lub bardziej dokładnie. Niektóre z nich zagościły w moim życiu na dłużej, inne były przelotnym zainteresowaniem, skutkującym głównie pewną ilością lepiej lub gorzej pomalowanych figurek zajmujących miejsce na półce. Jako że lubię od czasu do czasu myśleć, często zastanawiam się nad tym, jakie czynniki spowodowały, że konkretna gra jest cały czas w kręgu moich zainteresowań albo wypadła z niego zupełnie lub częściowo, a jakie nie są tu zbyt istotne.

Wiem, że kilka osób czasem na mojego bloga zagląda – możecie być tym zainteresowani (choć nie musicie), piszę jednak tego posta też dla siebie – ma pomóc mi w uporządkowaniu związanych z tym przemyśleń.

Figurki

Zacznijmy od czegoś, co jest bardzo istotnym wyróżnikiem bitewniaków – od figurek. “Wszedłem” w kilka gier bitewnych właśnie ze względu na śliczne modele, dobrym przykładem mogą tu być Konfrontacja i Infinity. Nie grałem w te systemy zbyt dużo, natomiast ze sporą przyjemnością malowałem modele do nich – i to do wielu armii. Niekoniecznie wyszły mi pięknie, ale nieźle się przy tym bawiłem. Warto jednak zauważyć, że piękne modele wcale nie gwarantują mojego trwającego zainteresowania systemem. I Konfrontacja i Infinity nie przetrwały na moim stole długo (choć modele na półce już tak, do Infinity zresztą mam nawet najnowsze podręczniki, które kupiłem bardziej jako albumy niż cokolwiek innego). Brzydkie modele z kolei gry nie dyskwalifikują – najlepszym dowodem na to jest wiele lat spędzonych przy Warzone (z którym jakiś czas temu ostatecznie zerwałem, pozbywając się nawet wszystkich swoich modeli do tego systemu). Nie gram zresztą już od wielu lat turniejowo, więc jeśli system jest dostatecznie generyczny wizualnie mogę spokojnie odpuścić sobie oficjalne modele producenta i wykorzystać coś ładnego – moja armia Krasnoludów do Kings of War składa się z modeli produkcji GW, Avatars of War i Ścibora, żaden toporny model z Mantica nawet obok niej nie przechodził. Figurki są niewątpliwie czynnikiem, który może wzbudzić moje zainteresowanie, ale na pewno same z siebie go nie utrzymają – w niektórych wypadkach wylądują na półce z zadaniem “wyglądania ładnie” lub też zostaną wykorzystane w innym systemie.

Świat

Dla wielu osób świat gry jest czymś szczególnie istotnym – wielu graczy emocjonalnie podeszło do spraw takich, jak zniszczenie Starego Świata czy ruszenia do przodu narracji w czterdziestce. Sam czasami łapię się za głowę czytając najnowszą wersję Kronik Mutantów – wyjaśnienia niektórych tajemnic świata są tam co najmniej… brawurowe i nowatorskie (tak, to dobre eufemizmy). Pytanie jednak, czy dobry świat jest jakoś wyjątkowo istotny? Mantica z jednego z moich ulubionych systemów Mass Battle (czyli Kings of War – rzadko mam okazję w to pograć, ale zawsze z przyjemnością) jest tak słaba, jak to tylko możliwe – nie psuje mi to przyjemności z grania. Malifaux jest Wielką Zrzynką z Wszystkiego Naraz Z Kilkoma Oryginalnymi Pomysłami (TM), w dodatku jakość fikcji pisanej do tego systemu jest w najlepszym wypadku mierna – a jest to chyba najczęściej ogrywany przeze mnie system w ostatnich latach. Sprawiające mi niegdyś wiele radości Tomorrow War ma co prawda własny świat, ale w zasadzie nie musimy się specjalnie przejmować nim grając w ten system czy nawet projektując scenariusze – w przeciwieństwie do takiej czterdziestki system jest bardzo generyczny.

Z drugiej strony dobry świat potrafi uratować dla mnie grę, która ogólnie jest w najlepszym wypadku przeciętna. Przy 40k spędziłem całkiem sporo czasu – zarówno grając, jak i malując figurki (i kombinując nad różnego rodzaju konwersjami). Nie ma co ukrywać, pod względem zasad czterdziestka jest kiepska, balans jako taki w niej nie występuje – ale świat czterdziestego milenium rekompensuje wszystkie te niedogodności. Szkoda, że najnowsze dzieło współtworzone przez Ricka Priestley – Beyond the Gates of Antares – nawet nie zapowiada się na coś, co będzie miało równie porywający świat…

W niektórych wypadkach wystarczająco interesujący świat powoduje, że mam ochotę odpowiednią grę zmajstrować (albo zaadaptować coś istniejącego) – dobrym przykładem jest tu świat planszówki Nuklear Winter 68. Alternatywna historia w której jest osadzona jej akcja – mimo oszczędnego opisu – jest na tyle ciekawa, że przygotowałem sobie całkiem sporo modeli (więcej jest “in progress”) i mam plan zmajstrowania “fanowskiego” podręcznika z paroma scenariuszami i statystykami do FoW i Force on Force

Ale czy świat wystarcza? Hm… Świat Infinity bardzo mi się spodobał, jest faktycznie interesujący, ciekawie opisany, fascynujący wizualnie – ale jakoś za każdym razem, gdy sięgam po podręcznik z zasadami stwierdzam, że “może nie tym razem”

Życie systemu

Dla wielu osób istotne jest to, czy system, w który grają jest “żywy” czy nie – czy jego wydawca nadal rozwija zasady i wydaje nowe modele. Niektórzy zrewidowali swoje poglądy po zabiciu WFB przez GW – nagle okazało się, że można grać w “martwy” system podtrzymywany przy życiu przy pomocy fanowskich reguł (lub po prostu według “przestarzałych” zasad). Znaleźli się też geniusze karpat, którzy swoje kolekcje figurek do GW spalili i pochwalili się tym na YT – jakby nagle cała ich kolekcja straciła jakąkolwiek wartość. Parę osób pewnie wie, że byłem w ekipie tworzącej fanowskie reguły do Warzone – także jak widać to, czy system “żyje”, czy nie ma dla mnie niewielkie znaczenie – wystarczy, żeby znalazł się ktoś, z kim mogę pograć.

Swoją drogą “życie” systemu jest czymś, co ma sens w wypadku systemów dużych wydawców – ale niekoniecznie w wypadku mniejszych. Jest sporo systemów, które dostały np. pojedynczy podręcznik , korzystają z “generycznych” figurek (bo np. osadzone zostały w historycznych realiach) i świetnie służą swoim graczom.

Zasady

Zasady są zdecydowanie ważnym elementem. Nie chcę rozpisywać się tu zbytnio – mam plan napisać osobny post na temat tego, co w zasadach jest dla mnie istotne i jakie elementy mogą mnie zachęcić lub zniechęcić do gry – to obszerny temat. Trzymajmy się więc na tę chwilę po prostu samej odpowiedzi: tak, zasady pełnią bardzo dużą rolę w zachęceniu mnie do zabawy w konkretny system i utrzymaniu mnie przy nim. Potrafią też zabić dla mnie konkretny system, jeśli mi nie podejdą.

Balans

Gdy byłem młodszy sporo bawiłem się na różnych turniejach (głównie Warzone, trochę też 40k) i bardzo istotny dla mnie był balans w grze. Nie tylko dla mnie – wielu graczy wkurzało się na niezbalansowane rozpiski, przegięte jednostki, zasady tworzące pole do nadużyć… Dla graczy turniejowych tego typu rzeczy są niezwykle istotne – w końcu mogą zadecydować o pozycji gracza w turnieju, czy rankingu…

Dziś nie gram już turniejowo i raczej nie wrócę do tego – pracuję w weekendy, nie lubię dusznych i głośnych pomieszczeń. Zamiast gry turniejowej wolę towarzyską, przy której obaj gracze bawią się dobrze i nie kłócą o ułamek milimetra i przecinek w zasadach a rozpiski i scenariusz wcale nie muszą zapewniać równych szans obu stronom (czasem zresztą gramy gry na 3 osoby – zadbajcie o balans wtedy 😉 ). Starcie na równych warunkach to coś, co zapewniają mi planszówki – dobry eurosuchar przebija pod względem balansu każdego bitewniaka.

Balans swoją drogą jest mocno przereklamowany – jestem (jak i Wy) wychowany na historiach o heroicznych walkach do ostatniego żołnierza, moralnych zwycięstwach. Tego typu pranie mózgu zaliczył każdy obywatel naszego kraju. Z drugiej strony moje zainteresowanie taktyką, strategią i historią nauczyło mnie zasady “fair fights are for suckers”.

Tak swoją drogą – balans (czy też raczej próba jego wprowadzenia) z reguły powiązany jest z istnieniem systemu punktowego. Znam (i lubię) całkiem sporo bitewniaków, których autorzy odpuścili sobie kompletnie systemy punktowe – uznali, że są one warte wkładanego w nie wysiłku i pokładanych w nich nadziei. Im dłużej gram (i im więcej widzę systemów, których autorzy twierdzą, że stworzyli doskonały system punktowy) tym bardziej się z nimi zgadzam. Przy jakiejś okazji postaram się napisać, dlaczego.

Gracze

Dotarliśmy wreszcie do najważniejszego tak naprawdę punktu. Jak już napisałem wcześniej – nie gram turniejowo, nie ważne jest więc dla mnie, ile osób gra w dany system. Gram z kumplami, wystarczy więc, że będę miał z kim pograć i mogę być zainteresowany. Najważniejsze jest to, żeby wszyscy zainteresowani dobrze się przy danym systemie bawili (co, swoją drogą, dyskwalifikuje z mojego punktu widzenia Warzone Resurrection – nie bawię się przy nim dobrze i jestem zmęczony uniwersum gry). Całkiem sporo systemów, które pojawiły się jakoś w moim obszarze zainteresowań to systemy, w które grałem z jednym sparring partnerem – dobrymi przykładami są Force on Force/Tomorrow War, Impetus i To The Strongest. Chętnie bym do nich wrócił (ok, do TTS bardziej niż do Impetusa), ale z będącymi na miejscu znajomymi grywam w inne systemy skutecznie wypełniające nam czas.

Nowy świat Kronik a sprawa polska – część II

Powoli przegryzam się przez nowe kroniki – mam za sobą potężną cegłę w postaci podręcznika podstawowego (prawie 500 stron), teraz walczę z sourcebookiem do Bractwa. Czas pomarudzić na zmiany – dziś skupię się na najważniejszych moim zdaniem rzeczach, które wytropiłem w podręczniku podstawowym i doczytałem szczegóły w sourcebookach (jeśli jakieś były). Oczywiście interesują mnie zmiany w świecie (lub też czasem wyjaśnienia starych tajemnic) – nie gram w erpegi, więc mechaniką nie będę się zbytnio przejmował. Uwaga – post zawiera spoilery. Jeśli czytacie podręczniki pomijając sekcje “GM only” – omińcie ten post.

Cybertronic

Kroniki od zawsze miały trochę tajemnic, których nie wyjaśniał żaden podręcznik. Jedna z nich to tajemnica Cybertronicu – skąd wzięła się ta korporacja, jakim cudem ich zaawansowana technologia opiera się spaczeniu przez Mroczną Harmonię? Chcieliście wiedzieć? Wersja mocno skrócona poniżej:
Jeden z trzech braci Durand – Alexander – uważał, że ludzkości potrzebna jest technologia odporna na Mroczną Harmonię. Po śmierci Nathaniela w walce z Algerothem opuścił Petera i rozpoczął poszukiwania technologii z okresu sprzed Upadku. Odnalazł Immortala – prototypowego zcyborgizowanego wojownika zbudowanego przy pomocy technologii, która oparła się Harmonii (tu trochę brak wyjaśnienia, czemu się oparła). Aby skorzystać należycie z tego znaleziska potrzebował środków – wspólnie z ekipą starych znajomych zorganizował więc imprezę znaną nam jako Founding Day. Środki na badania zebrał, ale stworzenie technologii odpornej na spaczenie szło opornie. Olek stworzył więc Cyberopolis – miasto, które miało posłużyć za pułapkę na siły Legionu i laboratorium. Zadbał o rozpuszczenie plotki, że testowana jest w nim technologia odporna na spaczenie, stwory Legionu wpadły się rozejrzeć, zostały złapane i przebadane. Olek odkrył, że kryształ używany przez stwory Ciemności do wytwarzania różnych drobiazgów może być użyty w chipach i daje im odporność na Harmonię. Stworki co prawda dużo go ze sobą nie miały, ale szczęśliwie na Nero udało się go znaleźć więcej. Przyszłość Cybertronicu była pewna.

Cybertronic – co z tym jest nie tak?

Zacznijmy od podstaw. Cybertronic uzyskał środki na badania nad technologiami odpornymi na Harmonię dzięki temu, co zarobił na sprzedaży odnalezionych rozwiązań sprzed Upadku. Te rozwiązania były… wait for it… nieodporne na Harmonię – stąd przecież Upadek. Zakazane edyktami Totha, jeszcze nie uodpornione na Harmonię produkty to raczej kiepski sposób na budowę finansowej potęgi – kto by to kupił? W przedstawionej wersji początki Cybertronicu nie mają sensu – a tymczasem dużo nie trzeba, żeby zrobić to lepiej. Olek mógł odkryć właściwości Pierwiastka 13 (tak się ten kryształ nazywa) w trakcie swoich poszukiwań, odkryć źródło dużej ilości tegoż i dzięki temu przekonać inwestorów. Cybertronic startowałby tak, jak powinien – z zaawansowaną technologią odporną na Harmonię.
Druga sprawa – czy Alexander Durand naprawdę musiał tworzyć nową korporację? Równie dobrze mógł podzielić się swoim odkryciem choćby z Bractwem albo istniejącymi korporacjami. Każdy, kto przywróciłby możliwość korzystania ze “starej” technologii byłby powitany z otwartymi rękoma. Ja rozumiem, obsesja stworzenia postczłowieka itp. – ale sprawa brzmi dla mnie mało wiarygodnie, jakiś inny założyciel miałby IMHO większy sens.
Sprawa trzecia – Immortal. Tu mam problem kalendarzowy. Wg. podręcznika Immortal został znaleziony przez Olka sporo po śmierci Nathaniela – na asteroidzie Cyaneus, na którym kiedyś była baza Imperialu. Immortal czekał tam na bycie odnalezionym niemal tysiąc lat. Założenie Cybertronicu miało miejsce 1050 lat po śmierci Nathaniela Duranda. Ok, rozumiem – Olek szukał starych gadgetów powoli, nawet bardzo powoli ale aż tak?
EDIT: sytuacja się wyjaśniła w podręczniku Bractwa – podobnie jak w wypadku oryginalnej wersji bracia na zmianę pełnili rolę Kardynała i trochę czasu to trwało…

Whitestar czyli Sundiata 2:Zemsta

Jak to mówią barbarzyńcy “elephant in the room”. Modiphius całkowicie odrzucił “starą” wizję Ziemi z całkiem interesującymi Plemionami. Teraz Ziemia opanowana jest przez jedną siłę – Białych Ruskich z Carycą na czele. Ostatecznie, po tylu latach kontrrewolucja wygrała 😉 . Wszyscy mieszkańcy Ziemi rąsia w rąsię walczą z Legionem, wspierają się wzajemnie… Znaczy ok, podręcznik wspomina o tym, że jest też trochę małych niezależnych band, plemion itp. – ale to trochę jak z USA i gangami motocyklowymi – nie liczą się w żaden sposób. Coś tu jest trochę nie tak… Ja rozumiem, że bycie pozostawionym przez szefów z pracy na Ziemi, bo miało się o 0.012% gorsze wyniki sprzedażowe od kolegów może spowodować pewną traumę, ale aż taką, by cała planeta zgodnie zaczęła współpracować? Get real 😉
Fun fact – w kampanii kickstarterowej podręcznik Dark Eden obiecywał “Learn about the many tribes that have made the mutated irradiated old Earth their own; Whitestar, The Sons of Rasputin, The Templars, Crescentia, The Lutherian Triad”. Z podręcznika głównego wyparowało wszystko poza Whitestar, które dziwnie przypomina Synów Rasputina jeśli chodzi o wiele rzeczy (w tym najważniejszą, bycie postapokaliptycznymi Ruskimi). WAT?
Czekam z niecierpliwością na Whitestar Sourcebook i Dark Eden sourcebook – chcę zobaczyć, jak oni teraz wcisną stare Plemiona Ziemi do nowej wersji uniwersum Kronik. Na razie jakoś nie jestem nastawiony wyjątkowo optymistycznie. Wprowadzenie czegoś “własnego” do settingu to żaden problem – znane nam plemiona zajmowały obszar Eurazji i odrobiny Afryki, do wykorzystania cały czas były np. obie Ameryki i Australia. Koniecznie trzeba było mieszać w czymś, co było ok?

Nowe stwory Legionu

Podstawowy podręcznik zawiera opisy typowych sług każdego z Apostołów. Nie będę psuł Wam przyjemności z czytania ich opisów – ale mogę powiedzieć jedno. Ten kawałek bardzo mi się podoba 😀 . Stworki są klimatyczne, ich opisy całkiem ciekawe, ogólnie nieźle wpasowują się do świata Kronik. Aż chciałoby się wrócić do 4.0 i napisać dla niektórych z nich zasady 😉

Nowy świat Kronik a sprawa polska – część I

Tak, żyję. Nie pisałem ostatnio nic, bo nie bardzo było kiedy choćby skrobnąć parę słów – nie wspominając już o problemach z czasem na malowanie figurek. Byle do wakacji 😉
Coelcanath poprosił w komentarzach, bym wypowiedział się na temat nowych modeli Prodosa z szczególnym uwzględnieniem wilczej jazdy… Hm… czemu nie – choć pozwolę sobie potraktować ten temat nieco szerzej i napisać parę słów o zmianach w świecie Kronik – i estetycznych i innych 😉 . Znając życie wkurzę i fanów nowej i fanów starej wersji. Good 😀 . Zaczniemy od modeli, a w kolejnych odcinkach skrobnę parę słów o świecie z MC RPG (hej, przeczytałem poderek do erpega!) i Warzone.

Odeszło stare – i dobrze

Jak niektórzy wiedzą, pozbyłem się w zasadzie wszystkich modeli do starego Warzone. Pozbyłem się ich w zasadzie za bezcen – kilkadziesiąt kilo metalu poszło za trzycyfrową kwotę do ekipy, która w przeciwieństwie do mnie będzie ich używać (już używa, AFAIK dość intensywnie). Nie tęsknię za nimi – dostarczyły mi masy zabawy, ale ile lat można grać tym samym w to samo? Zwłaszcza, że nie ukrywajmy, modele te przesadnie piękne nie były. Wróć… było trochę znośnych modeli, ale ogromna większość była dla ich posiadaczy piękna raczej ze względu na miłość do świata, grafik Bonnera i konieczność uzasadnienia przed samym sobą inwestycji finansowej i czasowej (malowanie itp.). W końcu nie ukrywajmy – taki np. miś z fotki poniżej wygląda jak otyły Space Marine w za dużym szlafroku i rękawicach kuchennych. Do grafiki Bonnera brakuje mu sporo.

Keeper of Art
Keeper of Art

Fani “starego” Warzone często twierdzą, że nowsze figurki były lepsze. Nie do końca. Były złe w inny sposób – popatrzcie np. na tego troopera. Hełm, w którym nie zmieści się głowa, kieszenie do których nie sięgnie (bo pancerz mu na to nie pozwoli)… Stary kiepski styl został zastąpiony nowym kiepskim stylem, sorry 😉

Nawet modele Legionu były raczej kiepskie – trudno się w nich czepiać proporcji (obcy/mutanci/potwory z koszmarów mogą mieć proporcje jakie tylko chcą), ale dajcie spokój… Ogromni Pretoriańscy Łowcy którzy z pancerzem nie byli więksi od zwykłego piechura. Furie w ciżemkach (no dobra, w oparciu o grafikę, ale still…). Karnofagi wyglądające jak Blue Horrory z GW w gorszym wykonaniu…Nawet w ładnym malowaniu wyglądają komicznie, nie strasznie.
Do dziś uważam, że błędem Excelsiora było trzymanie się starych figurek. Gdyby wydali Warzone z dużo mniejszą ilością oddziałów (jak to zrobił Privateer Press z Warmachine – kilka oddziałów na stronę konfliktu), za to z nowymi, dobrymi figurkami – mogliby istnieć do dziś. Ale ok, było, minęło…

Przyszło nowe – czy dobrze?

Prodos zrobił to, co powinien był zrobić Excelsior. Zerwał z przeszłością, zostawił to, co było w Warzone fajne (świat, grafiki), wyrzucił stare modele i zasady na śmietnik.
Zasad nowego Warzone nie lubię – IMHO są kiepsko napisane i źle zaprojektowane. Z tym pierwszym można sobie poradzić (kolejne aktualizacje trochę tu pomogły), na drugie nie ma rady – ale bez części tego “złego projektu” weterani nie zaakceptowali by tego jako Warzone. Ale nie o tym dziś miałem pisać – to temat na zupełnie inną okazję.
Pierwsze wydane przez Prodosa figurki w większości były porażką – firma zdawała sobie z tego sprawę wyraźnie, bo bardzo szybko część z nich została zastąpiona lepszymi. Było to w zasadzie nie do uniknięcia – modele wyglądające dobrze w sofcie do modelowania 3D niekoniecznie są równie dobre po wydrukowaniu, rzeźbiarze musieli się tego nauczyć na własnej skórze. Możemy spokojnie odpuścić sobie temat pierwszych modeli i popatrzeć na to, co Prodos ma teraz w ofercie – nie będę przegryzał się przez wszystko, wybrałem trochę przykładowych modeli ze sklepu.

Crucifier
Crucifier

Crucifier – bardzo “Warzonowy” model, moim zdaniem naprawdę udana reinterpretacja starej pokraki. Dynamiczny, wygląda w miarę wiarygodnie (na ile gość z czterema łapkami i warzonowymi naramiennikami może być wiarygodny). Zdecydowanie Pietia Approved, nie mam się zbytnio czego czepiać.

Inquisitors
Inquisitors

Inkwizytorzy – niezła uwspółcześniona wersja bardzo ikonicznych modeli. Pozy co prawda nieco dziwne, ale może nie do końca złapałem artystyczną koncepcję, która za nimi stoi. Przyczepiłbym się co najwyżej jeszcze do doboru kolorów, ale to problem malarza a nie projektanta 😉

sacred-warriors
Święci Wojownicy – tu mam to samo pytanie od zawsze. Kiedy wreszcie twórcy bitewniaków przeczytają podręczniki do Kronik ze zrozumieniem? To nie Święci, to Furie. Poza tym – ok, niektóre pozy są idiotyczne z punktu widzenia walki z użyciem starego, dobrego Sword&Board, ale za to należycie heroiczne. Ujdzie…

Guardiani Oblati
Guardiani Oblati

A co to za paskudna narośl na świecie Kronik? Twórcy o Furiach nie słyszeli? Chyba ktoś chciał wyprodukować proxy dla Grey Knight Terminators. Same modele bardzo przypominają mi Exemplar Bastions z Warmachine z poprawką na broń – ujdą. Nie podoba mi się pomysł zastępowania czegoś, co w Kronikach funkcjonuje od zawsze (Furii) takim produktem zastępczym…
Tak, wiem… w nowych Kronikach Guardiani Oblati są ikoniczną karierą z nowego poderka do Bractwa. Tak, wiele rzeczy, na które marudzę dalej też w podręcznikach do nowej edycji jest – wspomagane pancerze Capitolu, Judicator…

Hatamoto
Hatamoto

Hatamoto – a tu z kolei bardzo elegancki ruch. Samuraje w WZ walczą w pancerzach wspomaganych. Mniejszych, większych – zależnie od roli i zamożności… Cieszy mnie to, że wreszcie ktoś robiąc modele wziął to pod uwagę. Fajnie by było, gdyby modele były nieco bardziej zróżnicowane – te zbroje są robione na zamówienie. Jeszcze fajniej, gdyby nie robić z tych zawodników Hatamoto a po prostu prawdziwych samurajów.

Heavy Infantry
Heavy Infantry

A tu robimy z Warzona coś, co w świecie Kronik osadzone nie jest. Capitol nigdy nie robił pancerzy wspomaganych dla swojej piechoty. To wymaga wykorzystania części, które są zbyt skomplikowane i narażone na działanie Mrocznej Harmonii. Mishima kupuje odpowiednie podzespoły dla pancerzy wspomaganych od Cybertronicu – Capitol nie. Nie jestem też przekonany, czy człowiek o normalnej budowie w taki pancerz sensownie wejdzie…

Judicator
Judicator

“Każda armia musi mieć Walkera, zróbcie coś dla Bractwa” – tak chyba wyglądała “inspiracja” dla tego modelu. Ewentualnie też “zróbcie proxy dla Dreadknighta, ale tak, żeby nie wyglądało na zrzynkę”. Model zupełnie wyjęty z dolnej części pleców, lepiej poczułby się w siłach Protectorate of Menoth.

Orca
Orca

Vulcan
Vulcan

A tu dla odmiany dwa modele z sensem. Ciekawie przeprojektowany Vulcan i Orca – modele wprowadzone co prawda przy okazji 2 edycji Warzone, słowem nie wspomniane w starym MC RPG ale już “okrzepłe” w świecie Kronik. Orca wreszcie nie wygląda jak piłeczka z nóżkami, już za to można wiele wybaczyć 😉

Mercurian Maculator
Mercurian Maculator

Merkuriańskie Ohydy 3.0 – hm… 54mm wysokości, poprzedni model miał przeszło 2x więcej… Niekoniecznie mi się to podoba, Ohydy powinny być jednak sporo większe. Ale skoro mają mieć tyle – no problem. Same modele są naprawdę ładne, rozważam kupienie kiedyś zestawu i pomalowanie. Nadadzą się nie tylko do Warzone, te modele mają spory potencjał w innych systemach (Warboss dla Orków?).

Jak to się tam nazywa?
Jak to się tam nazywa?

Last but not least… Jak to tam się miały te modele nazywać? Ok, nieważne. Wilcza Kawaleria na Wilkach 😀 . Gdy wprowadzaliśmy Imperialną Kawalerię do 4.0 fani próbowali nas zjeść 😉 . Ciekawe, jakie będą reakcje na te modele w Paradox Cafe i różnych dziwnych zakątkach internetu…
Same modele wyglądają nieźle. Mają też spory sens z punktu widzenia designu – nie wprowadzają trzeciego lekkiego pojazdu dla Imperialu (który ma już Chibi Tank i Nekropełzacza), a taki przecież byłby skutek dołożenia jeszcze Fenrisów. Oczywiście to, że da się sprzedać te modele posiadaczom armii Space Wolfów to miły bonus.
Z punktu widzenia Kronik… well… w nowym poderku do Imperialu ich nie widziałem, ale mogłem przegapić (dopiero przekartkowałem, nie czytałem). W starym sami wiecie – nie było. Wilki mają zdaje się być efektem inżynierii genetycznej – Kardynał Toth zakazał jej dawno temu tak samo jak AI, raczej nie sądzę, by Imperial chciał podpaść tak bardzo Bractwu – także pod tym względem pomysł jest mocno z dolnej części pleców. Gdyby była to bardziej “klasyczna” kawaleria, albo Prodosowi chciało się lepiej zastanowić nad tym, jak uzasadnić ten oddział fluffowo – byłoby fajnie.

Podsumowanie

Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.

Nowe modele Prodosa są dużo lepsze od “oryginalnych” modeli Targeta. Tak powinno być – sztuka tworzenia figurek poszła do przodu bardzo mocno, Prodos korzysta z tego jak tylko może. Część figurek świetnie łapie klimat Kronik (patrz np. Hatamoto), inne są powieleniem starych błędów (Święci Wojownicy). Niektóre są całkiem ok, ale potrzebują lepszego fluffu – jak np. niespecjalnie przystające fluffowo do Kronik genetycznie modyfikowane wilki. Są niestety też takie, które zostały wprowadzone do gry wyraźnie po to, by każda armia miała modele w każdej kategorii – np. nowa Ciężka Piechota Capitolu czy Guardiani Oblati mające dać Capitalowi i Bractwu piechotę w pancerzach wspomaganych, Judicator dający Bractwu Walkera itp. To zbytnio mi się nie podoba.

Podsumowanie 13 edycji FKB

Podrzucony przeze mnie w tym miesiącu temat łatwy nie był – teren zwykle wymaga zainwestowania sporej ilości pracy, jak również posiadania koncepcji. Figurkę da się pomalować “na pałę”, terenu zrobić w ten sposób – nie bardzo. Wasze efekty są fantastyczne.

Quidam Corvus zmajstrował fantastycznie wyglądający pomnik Magnusa Pobożnego
Quidam Corvus - Pomnik Magnusa Pobożnego

PSBorsuk pokazał, jak zrobić silosy rakietowe do Epica
Silosy Borsuka

Asterix z Valadoru zorganizował Chatkę dla Gremlinów z Malifaux
Chatka Asterixa

Tomek Sierakowski z Sobie Maluję pokazał, jak zrobić efektowny teren z gipsowych ruin
Ruiny Tomka

Maniex stworzył fantastyczny (i prosty) tutorial budowy domków pasujących m.in. na Bliski Wschód- ten pomysł na pewno ukradnę przy jakiejś okazji
Domki Maniexa

Potsiat z Gangs of Mordheim również pokazał, jak zbudować domek – tym razem do Mordheim (czy jakiegokolwiek innego skirmisha w podobnym klimacie)
Domek Potsiata

Koyoth zbudował świetną dzwonnicę
Dzwonnica Koyotha

Znany leń i obibok Pietia poszedł na łatwiznę z PCV i teksturami World Works Games
Domek Pietii

Piotr Ledwoń stworzył Kamienny Krąg, będzie też gospodarzem następnej edycji
Kamienny Krąg

Az zbudował stację geologiczną do Epica
Stacja Geologiczna do Epica

Barak Varr pobawił się w farmera i pokazał piękne pola uprawne – bardzo przydatny teren
Pola Baraka

Tam, gdzie postów na blogu jest kilka – dawałem link do ostatniego, resztę znajdziecie bez problemu (a przy okazji na pewno na coś ciekawego jeszcze traficie). Jeśli kogoś przegapiłem – proszę krzyczeć. Przepraszam za późną publikację podsumowania – wczoraj wróciłem do domu dość późno… A teraz do konwertowania figurek w ramach następnej edycji biegiem marsz!

14 edycja FKB

Figurkowy karnawał blogowy

faaaididmale660 2

Zarobiony byłem, więc do akcji dołączam się na ostatnią chwilę, a że nadal jestem – specjalnie rozpisywać się nie będę. Początki mojej nerdozy figurkowej giną w pomrokach dziejów. Jako że w podstawówce bardzo dużo chorowałem, miałem też sporo czasu na czytanie. W końcu co w latach 80-tych można było robić leżąc 2 tygodnie w łóżku, do tego na kompletnym zadupiu w postaci wojskowego osiedla kilka kilometrów od najbliższego miasta? W TV nic ciekawego nie było (a programy, drogie dzieci, były aż dwa), z gorączką przed komputerem siedzi się niefajnie (rodzice kupili małe Atari gdzieś w okolicach 3 czy 4 klasy podstawówki)… W rezultacie Hobbita i Władcę Pierścieni przeczytałem gdzieś w 3 klasie, Diunę i większość książek Lema niedługo później. Książek w domu zawsze była cała masa, a fantastyki szczególnie dużo – mój Tata do dziś bardzo lubi fantastykę. Oprócz tego zawsze były u nas ogromne ilości książek historycznych.

Skrzywienie w stronę gier wszelkiego rodzaju zaczęło się u mnie w momencie, gdy dostałem pierwszą “prawdziwą” planszówkę (tzn. nie Warcaby czy kopia Monopoly). Co prawda w latach 80-tych było z tym biednie, ale było kilka firm wydających na małą skalę albo własne gry albo pirackie wersje gier zachodnich (np. Encore, które wydawało gry takie jak Gwiezdny Kupiec czy Wojna o Pierścień). Głowy nie dam, bo to daaaawno było, ale był to chyba właśnie Gwiezdny Kupiec. Gra była trudna jak cholera, ale absolutnie niesamowita. Grywałem w to z Tatą (gdy miał czas), albo sam (gdy – częściej – nie miał). Populacja nerdów w tamtej okolicy raczej zbyt duża nie była. Gdy byłem w 6 klasie podstawówki, na Boże Narodzenie dostałem od rodziców niesamowity prezent – wszystkie pozostałe gry Encore, które były wtedy na rynku. Niestety już ich nie mam – dużo później wymieniłem je na figurki do Warzone (żałuję do dziś). Jako że zaraz potem przenieślimy się do Warszawy i trafiłem do klasy, w której nie byłem jedynym ciężkim przypadkiem nerdozy – nagle okazało się, że mam więcej przeciwników do gry! Fantastyczna sprawa. Graliśmy ze znajomymi w gry Encore, graliśmy też w wydawane przez Sferę “kieszonkowe” planszówki (mam je do dziś), Magię i Miecz, wychodzące wtedy gry strategiczne (Wojny Napoleońskie, Pustynną Burzę…). Fantastyczny okres na granie, naprawdę. Co prawda rodzice kupili wtedy już peceta (w 6 klasie pierwszego, niedługo potem za pieniądze, które używając pierwszego zarobiliśmy wspólnie z Tatą – drugiego) – ale wolałem wtedy uczyć się programować (i nie tylko uczyć się…) niż na nim grać. To zresztą zupełnie inna historia.

Bitewniaki to temat, który w moim życiu pojawił się w ogólniaku. Po kolejnej przeprowadzce – na warszawskie Bemowo – wylądowałem w kolejnym miejscu, w którym mieszkała banda nerdów. Tym razem bardziej zróżnicowana wiekowo – jeden z kolegów miał dwóch dorosłych braci, również zakażonych tym wirusem. Grywaliśmy w Battletecha, Magię i Miecz, erpegi, kombinowaliśmy z użyciem figurek w 1/72 do własnych bitewniaków, w końcu też najpierw z kserówką trzeciej edycji WFB i następnie z kupionym starterem do czwartej edycji. Potem wyszły jeszcze Warzone i Chronopia i sprawy zrobiły się jeszcze ciekawsze…

Na studiach co prawda odpuściłem sobie erpegi, ale bitewniaki pozostały. Przede wszystkim Battle (mniej) i 40K (bardziej), bo Warzone funkcjonował wtedy tak sobie – a w czterdziechę można było bez problemu pograć z klientami pobliskiego Moriona. Po mojej Gwardii i Tyranidach z tamtego czasu śladów już nie ma, ale zabawy było sporo. Gdy pojawiła się Konfrontacja zacząłem malować figurki do niej – ale kolejne edycje zasad zmieniały się tak szybko, że grę sobie odpuściłem. W którymś momencie wyszła też nowa edycja Warzone, a ja poznałem (w pierwszym Paradoxie) ekipę warzonowych nerdów, z którymi pijemy (i czasem nawet w coś gramy) do dziś.

Między studiami a “dziś” było jeszcze wiele bitewniaków – zaczęły u nas pojawiać się (w dużej mierze dzięki Sośnie z Wargamera) bitewniaki historyczne – fantastyczna sprawa, kocham ten rodzaj gier. Rynek stał się tak bogaty, że gdybym próbował wyobrazić to sobie te dwadzieścia parę lat temu – nie dałbym rady. Ciekawe, co przyniesie przyszłość…

Eggs box: 3.60

Ok… odbiło mi. Kupiłem ostatnio nowy, 40 calowy telewizor (przyszedł dzisiaj) i trzecią już konsolę – X-Boxa 360 z Kinectem. Do tego jeszcze UFC Personal Trainer. Czy dokładniej: kupiłem Personal UFC Trainer i do kompletu wziąłem Boxa, bo mi się wersja na Move mniej podobała.

Na początku zakup o mało co do rozpaczy mnie nie doprowadził – duży pokój mam w sumie spory, ale okazało się, że dla Kinecta jest za ciasny. Po prostu w momencie, gdy Kinect stwierdzał, że jestem w dobrym miejscu – dotykałem nogami kanapy, a po lewej stronie miałem półkę z książkami (i zero możliwości sensownego ruszania się). Pierwsze podejście do korzystania z niego skończyło się tymczasowym przemeblowaniem pokoju – żeby móc zrobić serię pompek w polu widzenia sensora musiałem przesunąć kanapę pod drzwi na balkon. Przy okazji przekonałem się o kilku rzeczach:

  • Kinect jest niezły, ale nie doskonały – nie wykrywał mi niektórych błędów w ćwiczeniach
  • UFC Personal Trainer jest fajny
  • O ile siłowo stoję świetnie, o tyle kondycyjnie (tak, jak podejrzewałem) – żałośnie. Trzeba coś z tym zrobić, bo rok pisania doktoratu a potem rok odchorowywania tego doprowadziły do absolutnej żenady

Problem z “zasięgiem” kinecta był dość poważny, przez co pierwszy test nie wypadł najlepiej – w połowie przerwałem zabawę i poszedłem szukać informacji o tym, na jakich warunkach Saturn przyjmuje zwrot towaru (wynik researchu: zależy od humoru pracownika).

Na szczęście zacząłem kombinować nad tym, co da się z tym wynalazkiem zrobić. Wynik kombinowania: zamiast pod telewizorem, postawiłem Kinecta w szafce wiszącej nad telewizorem. Bingo! – środek pokoju jest wtedy świetnie przez niego obsługiwany. M$ powinno umieszczać stosowną sugestię dużymi wołami w widocznym miejscu (może gdzieś w instrukcji to jest – nie wiem, nie czytam takich rzeczy…). Z prób zwracania zakupu zrezygnowałem, zobaczymy, jak pójdzie mi przywracanie kondycji. Na cuda nie liczę, ale może coś przez wakacje uda się zdziałać – nie tylko przed konsolą 😉

Dla tych, którzy nie zrozumieli tytułu:

I reklamówka UFC Personal Trainer’a:

Science czy fiction?

Naukowe i “naukowe” badania i odkrycia to ostatnio (pisząc “ostatnio” mam na myśli jakieś ostatnie 100 lat) gorący temat. Od kolejnych odkryć typu “Wszyscy faceci oglądają porno” po “globalne ocieplenie”. A publisia wszystko łyka – w końcu badania prowadzą mądrzy, bezstronni badacze, którzy nigdy się nie mylą…

Wydawanie kasy na badania typu “ilu facetów w życiu nie widziało pornola” czy “jakie są idealne wymiary kobiety” to bzdura i naukowa patologia – wszystko przez ciśnienie na publikacje i wymóg prowadzenia badań przez pracowników wyższych uczelni. Patrząc na własne podwórko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rozdzielenie ról nauczyciela akademickiego i naukowca wyszłoby tylko wszystkim na zdrowie. Ale ja dziś nie o tym…

Od wieków naukowcy specjalizują się w przepowiadaniu katastrof – taki np. Thomas Malthus w swoim ” An Essay on the Principle of Population” już w 1798 roku przewidywał wzrost populacji do poziomu, którego nie da się wykarmić – i miało to nastąpić do końca 19 wieku. Przewidywany przez niego poziom ludności już przekroczyliśmy, a kraje cywilizowane borykają się z problemem nadprodukcji żywności… Byliśmy już straszeni zagładą nuklearną czy np. nową epoką lodowcową:

Telltale signs are everywhere – from the unexpected persistence and thickness of pack ice in the waters around Iceland to the southward migration of a warmth-loving creature like the armadillo from the Midwest. Since the 1940s the mean global temperature has dropped about 2.7° F.
Klimatolog George J. Kukla z Columbia University w Time Magazine, 24 czerwca 1975 – artykuł “Another Ice Age?”

Naukowcy i inni specjaliści mają skłonność do wypowiadania kategorycznych sądów – wystarczy zajrzeć tu, tu czy tu – i zobaczyć, jak często się mylą (jeśli ktoś ma za dużo czasu, można też tu czy tu). Mylić się jest rzeczą ludzką – nie ma problemu. Musimy tylko o tym pamiętać.

“Bonusowym” problemem jest to, że naukowcy niekoniecznie są bezstronni. Każdy naukowiec ma jakieś własne poglądy, często determinujące wybór dziedziny, w której działa – np. klimatologiem może zostać ekolog-fundamentalista. Każdy naukowiec chce publikować – a proces recenzji zwiększa prawdopodobieństwo opublikowania prac, w których wnioski są “właściwe”. Wreszcie naukowcy nie pracują za darmo – aby dostawać granty również często trzeba dojść do “właściwych” dla sponsora wniosków. Traktowanie wypowiedzi naukowców jako prawd objawionych jest co najmniej głupie. Zwłaszcza, jeśli wygląda na to, że wszyscy “poważni” badacze się zgadzają.

Climategate pokazało światu, jak “robi się naukę” w głośnych i grantonośnych dziedzinach. To, czy globalne ocieplenie jest faktem czy nie – trudno wypowiadać się z absolutną pewnością. To, czy człowiek jest za nie faktycznie odpowiedzialny, czy nie – jest jeszcze większą zagadką. Jeśli mnie pamięć nie myli, to zgodnie z pierwszymi alarmistycznymi publikacjami w roku 2009 mieliśmy żyć już prawie jak Kevin Costner w Waterworld – a jakoś wszystko wygląda “jak zwykle” – może gdyby nie liczyć śniegu w październiku. Do mojego dość ostrożnego podejścia do tematu dokładają się jeszcze politycy – od dłuższego czasu wyraźnie marzący o opodatkowaniu czegoś nowego – np. praw do emisji dwutlenku węgla. A w końcu niemało grantów w tym obszarze jest sponsorowanych przez różne państwa.

Climategate i cała afera z globalnym ociepleniem może na dłuższą metę zaszkodzić ekologii jako takiej – a to nie byłoby dobre. Pamiętam jeszcze kwaśne deszcze, katowicki smog i kolorowe rzeki – to nie było fajne. Jeśli jednak świat dojdzie do wniosku, że cały cyrk z globalnym ociepleniem był ściemą – kto wie, może do tych czasów wrócimy. W końcu ludzkość lubi popadać ze skrajności w skrajność, a po każdej apokalipsie, której unikamy – lubimy sobie “trochę odpocząć”.

Na szczęście dla naukowców zapas potencjalnych katastrof mały nie jest. Proponuję z marszu zabrać się za badania nad uratowaniem ziemi przed skutkami zamiany WR 104 w supernową.

Z innych takich – wróciłem do malowania figurek, fotografie WIPów niedługo.