Jednoosobowa Katedra Systemów Informacyjnych

Zagadka dla osób znających rzeczywistość uczelnianą: co może poprowadzić na uczelni prosty magister inżynier?

Jeśli wydaje się Wam, że “jak mu pozwolą, to jakieś ćwiczenia” to prawie trafiliście. Prawie robi dużą różnicę. W tym semestrze Pietia (mówienie o sobie w trzeciej osobie podobno jest groźne) prowadzi:

  • wykłady w języku angielskim z dwóch różnych przedmiotów
  • wykład po polsku z trzeciego
  • zastępuje kierownika katedry (profesora całkiem zwyczajnego belwederskiego) w prowadzeniu kolejnego wykładu – może nie do końca semestru, ale już drugi raz z rzędu (przez co mój Flamesowy sparringpartner ma wolne) – Wódz obiecuje, że to już ostatni raz, ale jak to będzie – zobaczymy… Ciekawe, że jakoś nie prosi kolegi, który prowadzi z tego przedmiotu ćwiczenia :/
  • a – i jeszcze jakieś ćwiczenia przy okazji…
  • całkiem bym zapomniał – jeszcze wykład i ćwiczenia na studiach internetowych oraz ćwiczenia na studiach podyplomowych

Ciekawe, nie?

Niech żyją niespodzianki

Jutro rano idę do pracy… Dziwne, nie? Dla “normalnego” człowieka niekoniecznie, ale ja byłem święcie przekonany, że przede mną jeszcze tydzień ferii (zwykle były do końca lutego). O tym, że do pracy idę jutro dowiedziałem się… dziś 😀 . Ciekawe, ilu studentów zobaczę 😀

A miało być tak pięknie – ten tydzień miałem poświęcić na zamknięcie sprawy pracy doktorskiej (zakończenie kodowania i tekstu), zrobienie pierwszych 2-3 wykładów z UML i odpoczęcie (tak, planowałem zmieścić to wszystko w 7 dniach roboczych 😉 ). Tymczasem niestety trzeba będzie oprócz tego (i obowiązkowej siłowni) zmieścić jeszcze 24 godziny zajęć (w zasadzie to 26 – szef poprosił mnie o zastąpienie go na jednym wykładzie). Ciekawe, gdzie wstawię spanie…

Kuchnia Pietii strikes back

W dzisiejszym odcinku robimy schab pieczony – moje danie tygodnia (znaczy, jem to od wtorku).

Absolutnie niezbędne będą:

  • schab (tyle, ile akurat będzie pod ręką, ja użyłem coś koło 0.5 kilograma)
  • piekarnik (dobro trwałe, nie zużyje się podczas pieczenia… raczej)

Dodatkowo mogą się przydać:

  • olej roślinny (ja używałem rzepakowego)
  • przyprawa Curry (najlepiej Tikka) – jeśli ktoś jeszcze nie zorientował się, jak ją lubię, może grać Willa Smitha grającego lebiegę w Jestem Lebiegą 😉
  • cebula
  • czosnek
  • sól
  • śmietana albo jogurt (opcjonalnie)
  • rękaw foliowy do pieczenia
  • lodówka (zostawianie schabu na noc poza nią to proszenie się o kłopoty)

Cała operacja zajmie dwa dni.

Dzień pierwszy

Bierzemy 3-4 łyżeczki przyprawy curry, trochę soli, mieszamy z 1-2 łyżeczkami oleju i opakowaniem chudej śmietany albo jogurtu naturalnego. Jeśli ktoś nie chce używać śmietany/jogurtu, potrzeba będzie więcej oleju. Do tej mieszanki dodajemy: wyciśnięty ząbek czosnku i posiekaną na drobno cebulę. Całość starannie mieszamy (można zmiksować w blenderze).

Schab (oczywiście umyty) wkładamy do miski z marynatą i zostawiamy do jutra w lodówce.

Dzień Drugi

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wkładamy schab do rękawa (foliowego, nie koszuli 😉 ), rękaw na blachę i do piekarnika. Pieczemy 30 minut, potem zmniejszamy temperaturę do 180 stopni, kolejne 30 minut i wyłączamy piekarnik. Schabik zostaje w środku do momentu ostygnięcia piekarnika (jeszcze się trochę podpiecze, a energię zaoszczędzimy 😀 ).

Dzień Drugi później (albo dzień trzeci i kolejne)

Kroimy kawałek schabu. Kładziemy na talerz. Można dodać do tego jakiś sos (nie trzeba), można podać z ryżem, makaronem albo ziemniakami, można z kaszką cous-cous (polecam, pycha). Mój ulubiony zestaw to cous-cous robiony w bulionie z kostki (przepis niżej), do tego Chutney (ze sklepu) w charakterze “sosu”, kiszony i piwo 😀 . Niby nie powinno do siebie pasować (przyprawa indyjska, dodatek angielski, świnia i kiszony polskie, wypełniacz arabski, piwo mokre) ale działa świetnie w zestawie.

Cous-cous w bulionie

Wersja na dwie osoby (na jedną trudno zrobić 😉 ):

Gotujemy wodę. Zagotowaną wlewamy do kubka (powinien mieć rozmiar 1.5 filiżanki), wrzucamy kostkę bulionu i mieszamy do rozpuszczenia. Do miski (większej, objętość głębokiego talerza) wsypujemy filiżankę cous-cous, zalewamy bulionem. Przykrywamy miskę czymś (pokrywka od garnka, talerz czy coś w tym rodzaju) i czekamy 10 minut. Gotowe.

47

Ostatnio obejrzałem kolejny nowy film. Tym razem był to Hitman – jedna z bardziej wyczekiwanych przez graczy premier filmowych.

Muszę powiedzieć, że film jest pierwsza klasa. I to całkowicie poważnie to mówię. Sprawnie zrealizowany, dobrze obsadzony (żadnych znanych twarzy – to bardzo lubię), z mającym sens scenariuszem (rzadkość) i mordercą, który jest dobry bo jest dobry, a nie dlatego, że ma jakieś nadludzkie zdolności. Aktor grający główną rolę to na szczęście nie Vin Diesel a niejaki Timothy Olyphant, aktorzy grający Rosjan mówią po rosyjsku, albo po angielsku z rosyjskim akcentem, aktorka grająca w zasadzie jedyną rolę kobiecą jest fajna i naturalna (i jest rosjanką)…

Czy film ma wady? A który nie ma? Mogę nawet wymienić:

  • Jeden zabójca wykańczający 16 przygotowanych do walki żołnierzy Alfy w ciągu kilku minut to jakaś abstrakcja. Zwłaszcza, że robi coś podobnego potem jeszcze raz…
  • Żołnierze oddziału specjalnego poruszający się windą podczas akcji to również jakaś abstrakcja. Zwłaszcza w hotelu mającym raptem 5 pięter.
  • Mi-24 strzelające niekierowanymi rakietami powinno wnętrze pewnego pomieszczenia zamienić w piekło, z którego nawet Neo nie wyszedłby cały
  • 47 jest frajerem totalnym. Każdy zdrowy psychicznie facet doskonale zidentyfikuje moment, w którym gość to okazał…

I to by było na tyle. Szczerze polecam. A “I am legend” ssie – ale o tym pisał już Christof.

Z innych takich – wczoraj skończyłem czytać książkę tłumaczącą, jak sprawić, by nasza firma wyróżniała się na tle innych. Jedna z porad to “daj klientowi przy zakupie coś ekstra – ciastko, maskotkę. Wiele Cię to nie wyniesie, a klient Cię zapamięta”. Dziś robiąc zakupy w Peek&Cloppenburg załapałem się na kielonek darmowego szampana (dobrego – znaczy smaczny był) od naprawdę fajnej hostessy. Bez żadnej okazji – żadnych urodzin sklepu ani nic… Nawet jeszcze nic nie kupiłem. Czyżby manago sklepu czytał tą samą książkę?

Prawie wgniata w fotel

Korzystając z wolnego zrobiłem sobie spacerek na Alien vs Predator 2. Film jest naprawdę dobry – znacznie lepszy od mizernego AvP oraz Obcego 3 i 4.

Scenariusz ma jakiś sens, postacie wyglądają na tyle wiarygodnie, na ile jest to potrzebne w filmie gore (bądźmy szczerzy, ludzie rzadko kiedy są tak skomplikowani jak w filmach psychologicznych) w którym 90% z nich ginie, efekty specjalne są niezłe (sporo niedociągnięć jest pewnie maskowane nocą i deszczem), lasie fajne. Pomysł też całkiem przyzwoity – osadzenie akcji w normalnym amerykańskim miasteczku zamiast gdzieś w odległym, zimnym miejscu czyni film nieco bardziej… paskudnym (w sumie fani obcego czekali na coś takiego od lat). Nawet podejście wojska do rozwiązania problemu wygląda na w miarę rozsądne (z wojskowego punktu widzenia) – choć zakłada znacznie większą wiedzę na temat problemu, niż wojskowi z pierwszej dekady XXI wieku powinni mieć.

Film ogląda się fajnie – na tyle dobrze, że nie przeszkadzały mi oczywiste (dla mnie) głupoty w rodzaju Strykera wyposażonego w wieżyczkę (i do tego będącego na wyposażeniu jednostki Gwardii Narodowej) czy F-22 zrzucającego atomówkę. Oczywiście w pierwszych recenzjach jakie widziałem różne nerdy gnieżdżące się u rodziców po piwnicach zdążyły już wytknąć twórcom zbyt dużą prędkość rozmnażania się obcych, błyskawiczną budowę korytarzy, złe techniki walki u Predatora, superszybkie przybycie tatusia z synkiem na miejsce katastrofy i inne takie pierdoły. Dedykuję im poniższy cytat z Fenomenu (z pamięci, więc może być niedokładnie):

Zabić Spidermana plutonem? Mają mnie za idiotę? Przecież on ma radioaktywną krew!

Jakoś nie sądzę, żeby w założeniach AvP2 miało być filmem przyrodniczym o Obcych i Predatorach w stylu tych robionych przez “Animal Planet”.

Ok… dlaczego więc film tylko prawie wgniata w fotel? Powód jest prosty – trailerki za bardzo narobiły mi smaku na zadymę US Army vs Obcy. A tu niestety – jak ktoś już walczy z obcymi to jest to banda cywili, jedyni spotykający się z nimi żołnierze giną tak szybko, że nawet nazwiska ich dowódcy nie zapamiętałem… Gdyby było tak z 30 minut walki między szwejkami a obcymi, panicznych próśb o wsparcie ze strony góry itp, decyzja o zrzuceniu atomówki wyglądałaby nieco bardziej wiarygodnie (co jest IMO drobiazgiem), a przede wszystkim film miałby szansę wymiatać prawie tak jak Obcy Decydujące Starcie.

Jeszcze jedna obserwacja – prawie 30% widzów na dzisiejszym seansie to kobiety. Ciekawe…

Vanitas vanitatum et omnia…

Ale jestem wk… Od dwóch tygodni nie mam dostępu do swojego biurkowego peceta. Tylko notebook. Zero gier, zero sensownego środowiska programistycznego, zero dostępu do filmów na dysku i ZERO PRACY NAD P$%^&!@(&%$ DOKTORATEM. A terminy naglą… Wszystko przez STOEN. Przecież jakość usług tej firmy to jakaś porażka – nagłe wyłączenia i włączenia prądu i inne tym podobne atrakcje. Ostatnio przez coś w tym rodzaju szlag trafił mi peceta. Wyłączyli prąd i po ułamku sekundy włączyli ponownie (przywykłem do życia w cywilizowanym świecie, gdzie UPS nie jest potrzebny). Poszła pamięć, poszedł co najmniej jeden z dysków (na szczęście chyba tylko częściowo, dane powinno się dać odzyskać), szlag trafił coś jeszcze (ale nie wiem co) – nawet po wymianie w serwisie pamięci i wstawieniu nowego dysku (oraz wypięciu starych) nie działa. Oczywiście pecet wraca do serwisu. Po raz kolejny… Pewnie się okaże na koniec, że będę miał fabrycznie nowego rocznego peceta, bo coś czuję, że się sporo nawymieniają…

Ale to wszystko to drobiazg. Bo naprawdę wkurzyły mnie dwie rzeczy:

  • dzień po spowodowaniu awarii mojego peceta te sk… ze STOENu przysłały mi info o podwyżce cen prądu (bezczelność)
  • tajwańskie śrubki. Skośnoocy śpiewają sobie za nowy dysk jakieś 150 zielonych. W tej cenie dostajemy kawał krzemu i śrubki zrobione z metalu tak beznadziejnego, że dają się przykręcić – ale gdy próbujemy je odkręcić rok później… okazuje się, że metal nie wytrzymuje nacisku śrubokręta 😕 Kretynizm do n-tej potęgi.

No i jest jeszcze trzecia wkurzająca rzecz: wspomniany notebook. W sumie fajna zabawka, ale goście z Apple mają u mnie potężną krechę. Notebook ma 1.5 roku. W tej chwili nie działa już DVD i dwa klawisze (w lewo i do góry), wymieniałem też już raz zasilacz. Zrozumiałbym w wypadku badziewnego notebooka za 1999 w promocji, katowanego i nieszanowanego. Ale przy drogim markowym i szanowanym przez użytkownika (to ja) sprzęcie to jakieś nieporozumienie. Dobrze, że firmowy a nie własny…

Z cyklu “Pietia karmi”

Wprosiła się dziś do mnie na obiad rodzinka. Trzeba było zrobić coś na szybko – kein problem. Zrobiłem kurczaka w sosie curry.

Potrzebne są (na 4 głodne osoby):

-pierś kurczaka (około 0.5kg, można zastąpić indykiem albo świniną)

-dymka (pęczek)

-pieczarki (kilka)

-pędy bambusa (10 deko, opcjonalne)

-pasta curry (łyżka, ja użyłem czerwonej)

-olej sezamowy (4 łyżki)

-mleko kokosowe (250ml)

-olej sojowy (2 łyżki)

-sos rybny (2 łyżki)

-cytryna (w zasadzie to sok z cytryny, łyżka)

-ewentualnie jakieś inne warzywko

-olej ryżowy do smażenia

-ryż

-opcjonalnie świeżą kolendrę (tak z 10 gałązek) do posypania całości na końcu

-mielony imbir

-mieszanka przypraw do curry

Najpierw stawiamy ryż – niech się gotuje – i zaczynamy podgrzewać olej w woku.

Następnie mieszamy sos: pasta curry, sos rybny, sojowy, sok cytrynowy, mleko kokosowe i olej sezamowy mieszamy w blenderze (można ręcznie, ale po co?) i odstawiamy na bok.

Warzywka wszelakie oraz kurę myjemy, suszymy, kroimy na drobno. Gdy olej w woku zacznie dymić, można wrzucić tam kurę (ostrożnie,żeby nie zachlapać całej kuchni i kucharza wrzącym olejem). Po 4 minutach dorzucamy warzywka. 2-3 minuty później wlewamy przygotowany wcześniej sos. Warto pamiętać o okresowym mieszaniu (po co ma się do dna woka przyczepić). Teraz wszystko na małym ogniu gotujemy do momentu, gdy ryż będzie gotowy.

Gorący ryż na talerz, na to łycha dobra wszelakiego z woka, posypujemy posiekaną kolendrą, doprawiamy imbirem i przyprawą do curry (można dużo). Podawać z jasnym zimnym 😀 .

Barbarzyńcy i osoby z małą ilością wolnego czasu mogą zastąpić świeże warzywa mrożoną mieszanką do woka – świetną robi Findus (polecam tajską, ale wietnamska, chińska i classic też są niezłe).