Podróże w czasie

i Gwiezdne Wrota. Kocham odcinki SG1, w których występują alternatywne historie. MiGi-29 rozwalające Death Glidery, Waszyngton bombardowany z kosmosu, Teal’c jako First Prime… Mniam. Miło się ogląda.

Ocena filmu:

Sceny rzezi: 4/5

Ilość scen rzezi: 1/5

Cycki: 4/5 (gołych brak, ale Claudia Black… indeed…)

Ilość cycków: 1/5

Ogólna przyjemność z oglądania: 4/5

It’s a good day to die – if you know the reason, why

Obrodziło nam ostatnio filmami… Żołnierze Kosmosu wrócili. Bohater Federacji płk. Johny Rico znowu skopie kilka chitynowych tyłków 😀

Film jest dość miłym powrotem do pierwszej części Starship Troopers. Zdjęcia plenerowe, bitwy z pluskwami, flota, fajne laski, propagandowe kawałki dla których tak kocham tą serię itd. Fabuły (pojawiła się – jak zwykle szczątkowa) zdradzać nie będę. Mogę jednak powiedzieć, że – podobnie jak Kroniki – obejrzałem z przyjemnością.

I to pomimo faktu, że wszystkie części Starship Troopers mają z książką Heinleina tyle wspólnego, co ja z Miss Brazylii. Trochę mnie to wkurza – mogliby tytuł zmienić. Heinlein przedstawiał Federację jako mądrze zarządzane państwo, w którym po prostu obywatel chcący zajmować się służbą publiczną czy polityką musi najpierw udowodnić, że jest gotów poświęcić się dla dobra państwa – co dla mieszkańca kraju, w którym może rządzić oszust albo i skazany przestępca, jeśli tylko dość ludzi na niego zagłosuje wydaje się całkiem atrakcyjną opcją. Do tego Federacja odpuściła sobie debilne cackanie się z przestępcami i resocjalizuje ich w sposób skuteczny. Filmy z serii SST niestety wypaczają obraz federacji, przedstawiając ją jako totalitarne państwo, w którym niezgadzanie się z władzami kończy się na szubienicy (czego Heinlein nie postulował – wręcz przeciwnie, wolność w Jego wersji była posunięta bardzo daleko).

Cóż… niemniej jednak wszyscy zgadzają się co do 3 punktów:

A. Bóg istnieje

B. Jest po naszej stronie

C. Chce, żebyśmy wygrali

Ocena filmu:

Sceny rzezi: 3/5

Ilość scen rzezi: 3/5

Cycki: 5/5

Częstotliwość występowania cycków : 1/5

Mechy: 4/5

Przyjemność z oglądania: 4/5

Efekt Masy

Nie, tym razem nie będzie o tym, jak wielka masa Pietii powoduje, że lokalne dresy kłaniają mu się na dzień dobry 😉 . Dla odmiany będzie o grze.

Mass Effect był od dawna zapowiadany jako następca KOTORa, supererpeg i tak dalej. I słusznie.

Kupiłem Edycję Kolekcjonerską – polecam. Praktyczne pudełko (jakieś figsy się zmieszczą, gąbka w komplecie), wygodny T-Shirt (rozmiar XL, więc w sam raz – no, trochę ciasny), dwugigowy pendrive i smycz. Do tego oczywiście jakieś artbooki, pocztówki i poradnik. No i bonusowa płyta (jeszcze nie przeglądałem).

Na dobry początek wielki szok: gram w spolszczoną wersję. Polski dubbing, polskie napisy. SPOLSZCZENIE RZĄDZI! Ekipa, która je robiła wykonała kawał dobrej roboty. Dobrze oddany klimat, dobre tłumaczenie, dobrze dobrani aktorzy…. Wkurza tylko nieco to, że wszyscy zwracają się do kierowanej postaci per “wy” – ale trudno wyobrazić sobie, by nagrywali każdą kwestię dwa razy – mówioną do kobiety i mężczyzny. Można się przyzwyczaić…

Gra jest ogromna. Kupa pobocznych questów, dużo biegania, wielki rozmach (walczymy o ocalenie całej ludzkiej rasy – a może i o więcej). Czuje się tą epickość – choć nadal nie wszędzie. Wkurza konieczność kupowania sprzętu (ja wam ratuję dupę, medal dostanę, ale dofinansowania na złom to już nie?).

Engine naprawdę zacny – ładna grafika, sporo usprawnień ergonomicznych (automatyczne zbieranie sprzętu z poległych wrogów 😀 ), walczy się z wrogiem a nie interfejsem. Walka w czasie rzeczywistym działa nieźle – w zasadzie gra staje się wtedy taktycznym shooterem – choć czasem pojawiają się drobne problemy (jeden z pomagierów gdzieś się zacina). Muszę się jednak przyznać, że często olewam cały interfejs taktyczny i walczę na własną rękę, zostawiając kumpli opiece ich AI.

Elementy erpegowe są ok. Mechanika nie jest oparta na żadnym komercyjnym systemie (papa, D20) – i dobrze. Miłe są częste awanse (nawet, jeśli do rozdzielenia na poziom mamy 1-2 punkty umiejętności). Bardzo miłe jest to, że “drążenie tematu” w dialogach (i oglądanie wszystkiego, czego się da) często daje nam dodatkowe punkty expa i ekstra wpisy w Leksykonie opisującym świat gry. Questy dotyczące kumpli z oddziału i możliwość romansowania to już standard (choć romans lesbijski to pewna nowość – zapewne ucieszy zawodników grających kobiałkami). Jest wreszcie jakiś powód do długich rozmów 😉

Jest oczywiście kilka niedoróbek. Najważniejsza to brak możliwości przeglądania swoich Osiągnięć (może taka opcja gdzieś jest, ale podejście “szukajcie a znajdziecie” nie zadziałało). Jest też parę wkurzających drobiazgów – głównie konieczność jeżdżenia na ślepo po powierzchni planet w celu znalezienia wszystkich złóż, sond itp (to niby opcjonalne, ale exp i kasa piechotą nie chodzą). Na szczęście w poradniku jest ściąga (i dobrze z niej korzystać – oszczędza czas, a prawdziwa zabawa i tak jest gdzie indziej).

Polecam. Bardzo.

Mrog of dorkness +8

Kroniki Mutantów… W zasadzie muszę przyznać się, że czekałem na okazję do zjechania tego filmu. Tak z góry do dołu. Nie zrobię tego jednak.

W zasadzie największą wadą filmu jest jego tytuł – z Kronikami Mutantów w ich erpegowo-bitewnym wydaniu wiele wspólnego nie ma. W zasadzie tylko imiona i nazwiska części bohaterów, nazwy megakorporacji – i tyle.

Jako film broni się to dzieło jednak całkiem nieźle. Przyzwoicie zagrany (choć głębi postaci to tu nie szukajcie – zły gatunek), dobrze obsadzony (nie pasuje mi co prawda skośnooka Valerie – ale to drobiazg) – goście grający np. Mitcha i Steinera są świetni, a czarny MacGuire to wcale nie tak wielki szok (jak wie każdy, kto choćby oglądał zdjęcia z Londynu 😛 ). Scenografia i ogólny klimat całkiem przyzwoite – pierwszowojenne okopy, steampunkowa technologia na poziomie “I Wojna na sterydach” itd… Oglądając nie cierpiałem – a to ważne. Jeśli ktoś ma do wyboru obejrzenie Kronik albo Indiany – polecam Kroniki. Gorąco.

Pijana Indiana

Człowiek głupieje na starość. Dotyczy to na pewno dwóch osób. Jedna z nich to George Lucas. Druga – ja. Lucas udowodnił to ostatnio, robiąc czwartą część Indiany, ja – idąc na nią mimo wcześniejszego przeczytania recenzji.

Powtarzać tego, co dziesiątki recenzentów napisało przede mną nie będę. Powiem tylko tyle – najlepszy kawałek przygód archeologa w trakcie seansu to trailer Mumii 3, a sam film poziomem sięgał Bibliotekarza. W lepszych scenach…

Kobiety przejmują świat

Koniec semestru, zaliczenia itp. dają świetną okazję do obserwacji z natury. Wniosek z obserwacji dzisiejszych (i nie tylko –  w końcu prowadzę je już kilka lat) to samo odnosi się do – kobiety przejmą świat. Dlaczego?

Prowadzę zajęcia na kierunku Sztuka Nowych Mediów. Ot, takie ASP połączone z zajęciami z informatyki. Uczę przyszłych artystów  (i artystki – w tym sporo naprawdę fajnych) HTML, CSS, PHP i baz danych. W ramach projektu zaliczeniowego każdy miał stworzyć stronę wykorzystującą wszystko jak leci – tzn. podstawa to był HTML i CSS, ale jakiś kawałek z bazką i PHP miał być. Oczywiście, jak to na tym kierunku bywa, połowa studentów robiła projekt w tym tygodniu.

I teraz coś ciekawego: część studentów rozkładała na widok PHP i SQL ręce twierdząc “ja tego całkiem nie rozumiem”. Kto im pomagał? Ano koleżanki z roku. Po prostu dziewczyny się wzięły i tego nauczyły.

Nie obchodzi mnie to, czy lepsze predyspozycje do programowania  (albo innych dziedzin uznawanych za “ścisłe” mają kobiety czy mężczyźni). Tak samo bawią mnie teksty feministek jak i męskich szowinistów w stylu JKMa. Wiem jedno – jeśli będę kiedyś miał do wyboru zatrudnienie faceta albo kobiety, zatrudnię kobietę. Większa szansa, że będzie systematycznie pracować.

Tradycyjna amatorszczyzna…

Jednak amatorskie podejście i brak przygotowania to nie jest wyłącznie polska domena. Marketingowcy z Mozilli zorganizowali akcję Download Day – bicie rekordu Guinessa w ilości downloadów nowej wersji Firefoxa w ciągu pierwszych 24h po publikacji. Problem polega niestety na tym, że zorganizowali – ale z przygotowaniem już się nie wysilili.

Od wczoraj sieć (każda – sprawdzałem też na komórce) działa jakby chciała a nie mogła. W sumie nie dziwne – taki ruch… Ale to drobiazg. Najlepsze jest, gdy chce się tego Firefoxa ściągnąć (dołączyłem się, a co?) – nawet zobaczenie strony z downloadem to cud, a jeśli już się tego cudu dokona, serwer uprzejmie melduje, że jest przeciążony i pliku nie da.

Chłopcy nie potrafili policzyć, jak szeroką rurę i jak potężny serwer potrzebują? Teorii masowej obsługi na studiach nie było? Pieprzeni amatorzy, nie lepsi od naszej drużyny (która na Euro w zośkę grać pojechała).

I jeszcze jedno – Firefox 3 ssie. Mam całkiem niedawną wersję RC, od 3 dni gubi wszystkie cookies po wyłączeniu (mimo, że w ustawieniach ma coś zupełnie innego). Sypie się – raz z całymi windowsami. No i niektóre pluginy nie działają…

Legend: Hand of God

Skuszony entuzjastycznymi recenzjami i zapowiedziami w prasie (konkretnie CD-Action) kupiłem sobie ostatnio gierkę Legend: Hand of God. Miało to być Diablo nowej generacji, z aktywnym kursorem w postaci latającej i gadającej wróżki/elfki/whatever, atrakcyjnymi wizualnie walkami (dzięki czemuś nazywającemu się Cinematic Combat System) i porywającą fabułą.

Zaczniemy od fabuły: jakaś jest. W porównaniu z takim np. Wiedźminem nie narzuca się jednak nam zbytnio podczas gry i nie przeszkadza w radosnej eksterminacji wszystkiego. Ot, od czasu do czasu trafimy na jakiegoś zawodnika z żółtym wykrzyknikiem nad głową, wymienimy ze dwa zdania i pójdziemy siec dalej. Zadań pobocznych jest stosunkowo niewiele i zwykle “wykonują się same” – pod tym względem cienko jest. Fabuła może i jest epicka (ratowanie świata po raz 1235), ale wolałbym mniejszy rozmach, za to lepsze dopracowanie…

Cinematic Combat System – hm… Generalnie polega to na tym, że bohater ma więcej niż jedną animację ataku każdą kombinacją broni, gra wybiera je w zależności od… czegoś i tyle. Nieco inaczej walczy się z większymi bydlakami (trolle itp) niż z małymi (ludzie, gobaski, wilki, misie, wrony (?)…). Na jakąś ambitną szermierkę nie ma co liczyć, wizualnie też jakoś to nie wymiata – większość czasu trzeba oglądać pole bitwy z większej odległości i o animacjach broni oraz wyglądzie wrogów wiemy tyle, że są. Taktycznie wrogowie są w okolicach dna – albo rzucają się na bohatera (to ci z bronią do walki wręcz) albo strzelają/czarują (reszta) – czasem nawet lecząc lub wskrzeszając kumpli, ale np. o wymianie informacji mowy nie ma. Można z wrogiego obozu wywabiać wrogów po sztuce – nie zorientują się do ostatniego trupa.

Kursor – nie jest źle, mogło być lepiej. Faktycznie jest to w pełni trójwymiarowa (można oglądać w zbliżeniu) mała wróżka (czy coś takiego) ze skrzydełkami. Rozświetla okolicę (w nocy i w podziemiach) – to jest nawet przydatne. Rozmawia też z bohaterem – w polskiej wersji głosem Joanny Jabłczyńskiej… Głos podłożony jest naprawdę dobrze (nie dziwne, dziewczyna ma sporo doświadczenia w tego typu pracy, jeśli ktoś nie wierzy, niech sprawdzi na Wiki) a teksty przetłumaczone całkiem, całkiem… Niestety jest tego za mało. Teksty rzucane przy okazji znalezienia różnych magicznych przedmiotów powtarzają się, a komentarze dotyczące aktualnej sytuacji i okolicy są bardzo rzadkie. Ja wiem, że to trzeba wymyśleć, że dużo sampli itd – ale może np. jakiś żarcik przy wejściu w nowy rejon mapy, albo komentarz po szczególnie zażartej walce?

Co jeszcze…

System rozgrywki jest przyzwoity. Wybór dwóch z pięciu specjalizacji, co daje w sumie 10 profesji. Cztery współczynniki, drzewko rozwoju umiejętności dla każdej specjalizacji (12 umiejętności) – może bez rewelacji, ale nie jest źle. Szkoda trochę, że tych umiejętności nie jest więcej – gdyby drzewka były bardziej rozbudowane, byłoby ciekawiej.

Przedmioty – tu jest dobrze, duża ilość atrybutów modyfikujących zabawki, problemy z wyborem jedynie słusznej kombinacji… Jak zawsze, są wybory lepsze (np. +1 do poziomu wszystkich umiejętności) i gorsze (jakieś tam plusy do pojedynczych charakterystyk). Ładnie zrobione graficznie (różne dopałki widać), opisy w wersji PL też są ok (choć niektóre są śmieszne – “Odprężający Pierścień Zarazy” albo “Żarzący się Miecz Zimna”). Trochę szkoda, że niektórych można wykorzystywać mniej, niż wydawałoby się to naturalne (np. można mieć założony tylko jeden pierścień – i nie można go nosić razem z rękawiczkami).

Wrogowie – wybór spory, choć w jednej okolicy bywa monotonnie (3-4 gatunki). Żyją sobie w zgodzie ze sobą, polują tylko na gracza. Ech, gdzie te tętniące życiem ekosystemy.

Mapy – “bezszwowe” (nie licząc podziemi, podzielonych na poziomy i doczytywanych osobno) i duże – jest sporo miejsc, których nie trzeba zwiedzać (ale warto, bo w końcu doświadczenie gdzieś nabijać trzeba). Ładnie jest… Co ciekawe – gra nie zapisuje postępów w eksterminacji potworów. Jeśli zapiszemy grę (zwykle przy wyjściu) a potem wczytamy ją ponownie, wszystkie paskudy z wyjątkiem potworów będących celem zadań będą żyć. Podobnie zregenerują się skrzynki i skrytki ze skarbami itp.

Wydanie gry – mam “czarne” pudełko, czyli wersję “kolekcjonerską”. Bida. Z dodatków dostajemy: cd z muzyką (standard w grach fantasy, taka dość oblivionopodobna) i fankitem (trochę grafik i kilka sampli), plakat z mapą (bardzo ogólną) z jednej strony i drzewkami umiejętności (nienachalnie dokładnie opisanych) z drugiej, krótką instrukcję (jedyny element dostępny w wersji “standard”) i poradnik. Instrukcja i poradnik mają dwie poważne wady: po pierwsze były tłumaczone przez osobę niezbyt dobrze znającą stylistykę i gramatykę języka polskiego (co ciekawe, teksty w grze przetłumaczone są dobrze), po drugie – zostały wydrukowane kapitalikami (strasznie męczy oczy czytanie takiego tekstu). Pamiętam piękne czasy, gdy erpeg w wersji podstawowej wyglądał może i brzydko (320×200 w 256 kolorach maks), ale dołączona instrukcja (i inne dodatki) zostawiała w tyle te dołączane teraz do gier żarty…

Ogólnie – odkrycie na miarę Wiedźmina to nie jest. Single jest przyjemny, multi nie ma. Można przyjemnie poeksterminować potwory, ale raczej z nudów niż ze względu na porywającą fabułę. Szkoda, bo ostatnio trochę gier zrobionych specjalnie pod singla z naprawdę dobrze zrobioną częścią fabularną było (Bioshock, Call of Duty 4, Wiedźmin…). Wersji kolekcjonerskiej nie polecam, wydanie standard ujdzie – jeśli ktoś ma 70 wolnych złotych. Zalecenie? Poczekać, aż stanieje poniżej 40 i kupić – po to, by posłuchać podłożonego głosu 😀

Jednoosobowa Katedra Systemów Informacyjnych

Zagadka dla osób znających rzeczywistość uczelnianą: co może poprowadzić na uczelni prosty magister inżynier?

Jeśli wydaje się Wam, że “jak mu pozwolą, to jakieś ćwiczenia” to prawie trafiliście. Prawie robi dużą różnicę. W tym semestrze Pietia (mówienie o sobie w trzeciej osobie podobno jest groźne) prowadzi:

  • wykłady w języku angielskim z dwóch różnych przedmiotów
  • wykład po polsku z trzeciego
  • zastępuje kierownika katedry (profesora całkiem zwyczajnego belwederskiego) w prowadzeniu kolejnego wykładu – może nie do końca semestru, ale już drugi raz z rzędu (przez co mój Flamesowy sparringpartner ma wolne) – Wódz obiecuje, że to już ostatni raz, ale jak to będzie – zobaczymy… Ciekawe, że jakoś nie prosi kolegi, który prowadzi z tego przedmiotu ćwiczenia :/
  • a – i jeszcze jakieś ćwiczenia przy okazji…
  • całkiem bym zapomniał – jeszcze wykład i ćwiczenia na studiach internetowych oraz ćwiczenia na studiach podyplomowych

Ciekawe, nie?