Prawie wgniata w fotel

Korzystając z wolnego zrobiłem sobie spacerek na Alien vs Predator 2. Film jest naprawdę dobry – znacznie lepszy od mizernego AvP oraz Obcego 3 i 4.

Scenariusz ma jakiś sens, postacie wyglądają na tyle wiarygodnie, na ile jest to potrzebne w filmie gore (bądźmy szczerzy, ludzie rzadko kiedy są tak skomplikowani jak w filmach psychologicznych) w którym 90% z nich ginie, efekty specjalne są niezłe (sporo niedociągnięć jest pewnie maskowane nocą i deszczem), lasie fajne. Pomysł też całkiem przyzwoity – osadzenie akcji w normalnym amerykańskim miasteczku zamiast gdzieś w odległym, zimnym miejscu czyni film nieco bardziej… paskudnym (w sumie fani obcego czekali na coś takiego od lat). Nawet podejście wojska do rozwiązania problemu wygląda na w miarę rozsądne (z wojskowego punktu widzenia) – choć zakłada znacznie większą wiedzę na temat problemu, niż wojskowi z pierwszej dekady XXI wieku powinni mieć.

Film ogląda się fajnie – na tyle dobrze, że nie przeszkadzały mi oczywiste (dla mnie) głupoty w rodzaju Strykera wyposażonego w wieżyczkę (i do tego będącego na wyposażeniu jednostki Gwardii Narodowej) czy F-22 zrzucającego atomówkę. Oczywiście w pierwszych recenzjach jakie widziałem różne nerdy gnieżdżące się u rodziców po piwnicach zdążyły już wytknąć twórcom zbyt dużą prędkość rozmnażania się obcych, błyskawiczną budowę korytarzy, złe techniki walki u Predatora, superszybkie przybycie tatusia z synkiem na miejsce katastrofy i inne takie pierdoły. Dedykuję im poniższy cytat z Fenomenu (z pamięci, więc może być niedokładnie):

Zabić Spidermana plutonem? Mają mnie za idiotę? Przecież on ma radioaktywną krew!

Jakoś nie sądzę, żeby w założeniach AvP2 miało być filmem przyrodniczym o Obcych i Predatorach w stylu tych robionych przez “Animal Planet”.

Ok… dlaczego więc film tylko prawie wgniata w fotel? Powód jest prosty – trailerki za bardzo narobiły mi smaku na zadymę US Army vs Obcy. A tu niestety – jak ktoś już walczy z obcymi to jest to banda cywili, jedyni spotykający się z nimi żołnierze giną tak szybko, że nawet nazwiska ich dowódcy nie zapamiętałem… Gdyby było tak z 30 minut walki między szwejkami a obcymi, panicznych próśb o wsparcie ze strony góry itp, decyzja o zrzuceniu atomówki wyglądałaby nieco bardziej wiarygodnie (co jest IMO drobiazgiem), a przede wszystkim film miałby szansę wymiatać prawie tak jak Obcy Decydujące Starcie.

Jeszcze jedna obserwacja – prawie 30% widzów na dzisiejszym seansie to kobiety. Ciekawe…

Vanitas vanitatum et omnia…

Ale jestem wk… Od dwóch tygodni nie mam dostępu do swojego biurkowego peceta. Tylko notebook. Zero gier, zero sensownego środowiska programistycznego, zero dostępu do filmów na dysku i ZERO PRACY NAD P$%^&!@(&%$ DOKTORATEM. A terminy naglą… Wszystko przez STOEN. Przecież jakość usług tej firmy to jakaś porażka – nagłe wyłączenia i włączenia prądu i inne tym podobne atrakcje. Ostatnio przez coś w tym rodzaju szlag trafił mi peceta. Wyłączyli prąd i po ułamku sekundy włączyli ponownie (przywykłem do życia w cywilizowanym świecie, gdzie UPS nie jest potrzebny). Poszła pamięć, poszedł co najmniej jeden z dysków (na szczęście chyba tylko częściowo, dane powinno się dać odzyskać), szlag trafił coś jeszcze (ale nie wiem co) – nawet po wymianie w serwisie pamięci i wstawieniu nowego dysku (oraz wypięciu starych) nie działa. Oczywiście pecet wraca do serwisu. Po raz kolejny… Pewnie się okaże na koniec, że będę miał fabrycznie nowego rocznego peceta, bo coś czuję, że się sporo nawymieniają…

Ale to wszystko to drobiazg. Bo naprawdę wkurzyły mnie dwie rzeczy:

  • dzień po spowodowaniu awarii mojego peceta te sk… ze STOENu przysłały mi info o podwyżce cen prądu (bezczelność)
  • tajwańskie śrubki. Skośnoocy śpiewają sobie za nowy dysk jakieś 150 zielonych. W tej cenie dostajemy kawał krzemu i śrubki zrobione z metalu tak beznadziejnego, że dają się przykręcić – ale gdy próbujemy je odkręcić rok później… okazuje się, że metal nie wytrzymuje nacisku śrubokręta 😕 Kretynizm do n-tej potęgi.

No i jest jeszcze trzecia wkurzająca rzecz: wspomniany notebook. W sumie fajna zabawka, ale goście z Apple mają u mnie potężną krechę. Notebook ma 1.5 roku. W tej chwili nie działa już DVD i dwa klawisze (w lewo i do góry), wymieniałem też już raz zasilacz. Zrozumiałbym w wypadku badziewnego notebooka za 1999 w promocji, katowanego i nieszanowanego. Ale przy drogim markowym i szanowanym przez użytkownika (to ja) sprzęcie to jakieś nieporozumienie. Dobrze, że firmowy a nie własny…

Z cyklu “Pietia karmi”

Wprosiła się dziś do mnie na obiad rodzinka. Trzeba było zrobić coś na szybko – kein problem. Zrobiłem kurczaka w sosie curry.

Potrzebne są (na 4 głodne osoby):

-pierś kurczaka (około 0.5kg, można zastąpić indykiem albo świniną)

-dymka (pęczek)

-pieczarki (kilka)

-pędy bambusa (10 deko, opcjonalne)

-pasta curry (łyżka, ja użyłem czerwonej)

-olej sezamowy (4 łyżki)

-mleko kokosowe (250ml)

-olej sojowy (2 łyżki)

-sos rybny (2 łyżki)

-cytryna (w zasadzie to sok z cytryny, łyżka)

-ewentualnie jakieś inne warzywko

-olej ryżowy do smażenia

-ryż

-opcjonalnie świeżą kolendrę (tak z 10 gałązek) do posypania całości na końcu

-mielony imbir

-mieszanka przypraw do curry

Najpierw stawiamy ryż – niech się gotuje – i zaczynamy podgrzewać olej w woku.

Następnie mieszamy sos: pasta curry, sos rybny, sojowy, sok cytrynowy, mleko kokosowe i olej sezamowy mieszamy w blenderze (można ręcznie, ale po co?) i odstawiamy na bok.

Warzywka wszelakie oraz kurę myjemy, suszymy, kroimy na drobno. Gdy olej w woku zacznie dymić, można wrzucić tam kurę (ostrożnie,żeby nie zachlapać całej kuchni i kucharza wrzącym olejem). Po 4 minutach dorzucamy warzywka. 2-3 minuty później wlewamy przygotowany wcześniej sos. Warto pamiętać o okresowym mieszaniu (po co ma się do dna woka przyczepić). Teraz wszystko na małym ogniu gotujemy do momentu, gdy ryż będzie gotowy.

Gorący ryż na talerz, na to łycha dobra wszelakiego z woka, posypujemy posiekaną kolendrą, doprawiamy imbirem i przyprawą do curry (można dużo). Podawać z jasnym zimnym 😀 .

Barbarzyńcy i osoby z małą ilością wolnego czasu mogą zastąpić świeże warzywa mrożoną mieszanką do woka – świetną robi Findus (polecam tajską, ale wietnamska, chińska i classic też są niezłe).

Wk… totalne

Ostatnio dowiedziałem się od swojego informatora (zaprzyjaźniony księgarz), że po wielu latach MAG wyda w końcu Malazańską Księgę Poległych w twardej okładce. Śliczne wydanie, to samo co na zachodzie – z kolorowymi grafikami, bez dzielenia jednego tomu na dwa… 90 złotych za tom… Wydanie softcover kosztuje 70 (dwa tomiki po 35). Niby fajnie, nie?

Tylko dlaczego dopiero teraz? Gdy mam już całą serię w koszmarnie drogich softcoverach? Dlaczego wszystko wydaje się w naszym kraju od d… strony? W “cywilizowanym świecie” książka ma najpierw śliczne wydanie hardcover, a dopiero po jakimś czasie od premiery wychodzi wersja kieszonkowa na papierze makulaturowym. U nas odwrotnie… Głupota, czy próba dwukrotnego wyciągnięcia pieniędzy od klienta za ten sam produkt? I jedno i drugie nastawia mnie zdecydowanie negatywnie do naszych wydawnictw.

Wydawnictw – bo MAG nie jest jedynym robiącym takie numery klientom. Cały czas na półce stoi softcoverowa wersja “Modyfikowanego Węgla” obok hardcoverowych kolejnych tomów – bo ISA w ramach eksperymentu wypuściła najpierw wersję makulaturową a przyzwoita wyszła kawał czasu później. Fabryka Słów wyspecjalizowała się w “uzupełnionych” drugich wydaniach – dorzucają do drugiego wydania opowiadanie, którego nie można znaleźć nigdzie indziej. A pierwsze już mam. Kupować drugie? Tu się zgina…

Wkurza mnie traktowanie klienta, który kupuje książkę krótko po pokazaniu się na rynku jak frajera. Wykładam kasę teraz – chcę towar w wersji deluxe, na standard niech poczekają sobie inni. Tak jak na całym świecie.

Call of Duty 4: Modern Warfare

Ostatnia część serii Call of Duty, w jaką grałem to część pierwsza. Ostatnio jednak złamałem się i kupiłem czwórkę. Powiem jedno: gra wgniata w ziemię.

Nie ma sensu pisać, jak bardzo gra jest doskonała graficznie i dźwiękowo. Wszystkie wysokobudżetowe gry takie są. Za to płacimy. COD4 zapracowało na mój entuzjazm czymś innym: reżyserią i fabułą.

Że jak? Reżyseria w FPS? Ano właśnie… COD 4 jest wyreżyserowana jak dobry film sensacyjny. Ciągle coś się dzieje: zwroty akcji, zasadzki, nowe zadania… nie jest nawet tak, że trudno się nudzić – niecałe 6 godzin spędzonych na przejściu kampanii single player to ciągła, sensownie złożona akcja.

Fabuła jest godna dobrego technothrillera. Nie badziewia w stylu “Sumy wszystkich strachów” czy innych podobnych filmów z kategorii “zgubiliśmy scenariusz, ale i tak film nakręcimy”. DOBREGO technothrillera. Coś, co zaczyna się jako zwykła akcja oddziałów specjalnych i malutka wojenka w piaskownicy okazuje się być czymś znacznie większym. W trakcie gry zdążymy zwiedzić bliski wschód i Rosję, Czernobyl i bazę pocisków balistycznych, odbyć podróż w czasie (co prawda we wspomnieniach, ale zawsze)… Będziemy mieli okazję wziąć udział w regularnych walkach w mieście, operacjach specjalnych, zabójstwach… Wszystko w ramach fabuły godnej najlepszych pisarzy z “czarnej serii” Amberu.

Wiele radości miłośnikom militariów dostarczą zamodelowane w grze bronie. Można bawić się “standardowym” zachodnim sprzętem (M4A1 SOPMOD, M16A2, M249, G36), zabawkami rosyjskimi (różne wersje Kałacha, RPG, SWD, RPK…), rzadszymi typami broni ręcznej (śrutówki, P90) i ciężkim sprzętem (Stinger, Javelin). Działają tak, jak powinny w rzeczywistości (ok, amerykańska broń jest bardziej niezawodna, niż powinna być) i świetnie można się tu przekonać, dlaczego nawet najbogatsze armie nie wyposażają wszystkich żołnierzy w snajperki i karabiny maszynowe…

Przyjemnie został też rozwiązany stary problem FPS – jak pozwolić postaci dożyć do końca poziomu bez rozmieszczania wszędzie apteczek. Ranna postać może schować się na chwilę za osłoną i poczekać – po chwili odzyska oddech i będzie “jak nowa”. Przy rozsądnej grze jest to akurat “w sam raz”. Oczywiście osłonę trzeba dobrze dobrać – w grze można strzelać przez co delikatniejsze ściany i inne elementy osłony, które powinny dać się przestrzelić.

Czy gra ma jakieś wady? Jedną, za to poważną – i związaną z jej największą zaletą. Dobra reżyseria oznacza pełne zaskryptowanie gry na Single Player. Skrypty są bardzo dobre, przewidują różne dziwne działania gracza, ale to tylko skrypty. Przechodząc grę po raz drugi wiemy, czego się spodziewać. Trochę to boli, jeśli kampania single player to jedyny planowany sposób wykorzystania gry… 6 godzin rozrywki za stówkę to niewiele. Lepiej od razu przechodzić grę na najwyższym poziomie trudności – zajmie więcej czasu.

Resident Evil 3…

…czyli “Ale Głupi Ci Amerykanie”.

Obejrzałem ostatnio najnowszą część serii Resident Evil. Wiedziałem, że będzie źle – ale nie wiedziałem, że aż tak. A dlaczego jest źle?

Pięć (czy coś koło tego) lat po wydarzeniach z Resident Evil:2 cała ziemia jest zniszczona. Cała. Nie ma nic – roślin, zwierząt, niemal wszyscy ludzie wyginęli. Na 100% wiemy, że żyje grupka ludzi poruszających się w konwoju po USA i pracownicy korporacji Umbrella w podziemnych instalacjach zbliżonych do Hive, rozsianych po świecie. Poza tym praktycznie nikt. Dziwne, nie? Żadnej dobrze zaopatrzonej bazy wojskowej, dobrze bronionych enklaw, nic w tym rodzaju. Czyżby ludzkosć aż tak zgłupiała? Nikt się nie obronił? Gdy porównamy to z np. obrazem świata przedstawionym w “World War Z” Maxa Brooksa, można dojść do wniosku, że ludzkość w świecie Resident Evil zapadła na daleko posunięty kretynizm, nie potrafiąc sobie poradzić z bezmózgimi, powolnymi przeciwnikami.

Sami członkowie konwoju też są – jeśli chodzi o poziom inteligencji – znacząco poniżej średniej. Pięć lat walki z Zombie i jeszcze nie nauczyli się strzelania im w głowę? W scenach walki zachowują się jak idioci, którzy nie powinni byli przeżyć 15 minut, o 5 latach nawet nie wspominając. Marnują czas i amunicję strzelając Z wszędzie, tylko nie tam gdzie należy. Na ich tle Alice rzeczywiście wygląda jak maszyna do zabijania – wie gdzie strzelać.

Niewątpliwie zrobienie postapokaliptycznego filmu jest z punktu widzenia twórców świetnym pomysłem – wychodzi wyjątkowo tanio. Potrzeba niewielu statystów, scenografia wychodzi tanio… Ale czy nie można by było użyć przy wymyślaniu świata mózgu? Choć przez chwilę?

Z innych drobiazgów – hm… Mila wygląda jak zwykle (tzn. jak wieszak na ubrania). Ali Larter jak zwykle piękna, film ma jeszcze przynajmniej jedną zaletę (z blond włosami). W pisaniu scenariusza musiał brać udział jakiś japończyk (macki)…

Ocena:

  • obsada 3/5 (dla strasznie napalonych można podnieść do 4/5)
  • scenariusz i sens ogólny 1/5
  • efekty specjalne 2/5 (bądźmy szczerzy, w poprzednich częściach było DUŻO lepiej)

Ogólna ocena: to poszło do kin? Straight to DVD IMO.

Przemalowany świat

Jak już wspomniałem w poprzednim poście, przemalowywałem ostatnio figurki z Tannhausera. Tak bardzo nie podobało mi się malowanie firmowe, że po prostu nie mogłem wytrzymać. Efekty można zobaczyć w galerii na końcu posta – razem z kilkoma figurkami z Darkson Designs oraz dwoma figurkami Haqqislamu.

Po przejrzeniu zdjęć z cyfrówki doszedłem do wniosku, że mój aparat mnie nienawidzi 😉 . Całkiem nieźle wyglądające w realu modele na fotkach wyglądają tragicznie. Z częścią rzeczy wiele nie zrobię (nie mam zamiaru bawić się tydzień fotoszopą, zwłaszcza, że jej nie mam – a w pracy nie chce mi się nad fotkami siedzieć), ale poprawić wiele rzeczy będę musiał. Od tej pory chyba zawsze będę robić fotki świeżo pomalowanych figurek. Pozwalają na znalezienie wszystkich niedoróbek łatwiej i skuteczniej niż lupa (o własnych starych oczach nie wspominając). I tak na CMON nie dostałbym więcej niż 2/10, ale w końcu można się postarać 😆

Kilka słów o samych modelach.

  • Haqqislam to oczywiście cud, miód i orzeszki, jeśli chodzi o jakość wykonania odlewów, rzeźbę (nie licząc paru modeli, ale one się na fotki nie załapały) itp.
  • Figurki z Tannhausera, nie licząc niedociągnięć, o których już pisałem, fajne są.
  • Biednie niestety wypadają w praktyce figurki z DD. O ile ilość detali jest ok, jakość odlewu też nie jest zła, o tyle sam projekt techniczny niektórych figurek woła o pomstę do nieba. Figurki są multipart, z wymiennymi częściami – ale co z tego, gdy niektóre części za Chiny Ludowe nie dają się dopasować? Co daje fajny projekt, gdy model trzyma granat w ręce z dziwnie wykręconym stawem (ja ruchomość stawów mam sporą, ale aby takie wykręcenie osiągnąć musiałbym sobie staw wyłamać)? Figurki Amerykanów są zrobione b. fajnie, ale zestaw niemiecki… tragedia. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę wcale niemałą cenę. Miłe za to jest w całej linii to, że klimatem i rozmiarami ładnie pasuje do figsów z Tannhausera. Można np. wykorzystać część postaci jako nowych bohaterów do tej wesołej planszówki…

BTW – galeria generuje mi dziwne thumbnaile (środek obrazka) i za nic nie jestem w stanie tego zmienić 🙁

Tannhauser

Jakiś czas temu złamałem się i kupiłem Tannhausera. Tego samego dnia przetestowałem ją razem z Warzonową masonerią – w Paradoxie przy piwie. Recenzji jako takiej nie chce mi się pisać (dużo roboty) ale kilkoma uwagami się podzielę.

Jednym z ważniejszych “selling points” tej gry są figurki zaprojektowane przez Darkson Designs specjalnie na potrzeby tej gry. Laleczki jako takie są śliczne – tzn. rzeźba jest niezła (z paroma niedoróbkami – o tym za chwilę). Niestety – są firmowo malowane, i to raczej kiepsko. Pierwsze, co trzeba zrobić po rozpakowaniu gry to poprawić malowanie. Można po prostu poprawić niedoróbki (których jest sporo – farba włażąca na obszary, na których nie powinno ich być), albo przerobić schemat malowania całkowicie (wybrałem tą drugą opcję). Rzeźba jest ogólnie niezła, odlewy też całkiem przyzwoite (zwłaszcza jak na miękki plastik) – niestety parę niedoróbek się znajdzie. Np. aliancka pani saper nie ma rysów twarzy a peem niemieckiego żołnierza wygląda jak przyklejony do figurki “na chama” – nie jest trzymany w rękach ani nie wisi na żadnym pasku itp. Po pomalowaniu figurki robią się bardzo przyjemne, nie odbiegają poziomem od innych figurek Darkson Designs (są tylko 2-3mm wyższe). Postaram się niedługo wrzucić fotki poprawionych Amerykanów.

Zasady… Jest sporo ciekawych rozwiązań – ale o fajnych rzeczach w zasadach można poczytać w dziesiątkach informacji dostępnych w necie. Jest jednak parę… dziwnych zasad.

Pierwszą ciekawą rzeczą jest to, że Tannhauser jest jedyną znaną mi grą, w której lepiej być uzbrojonym w pistolet niż w karabin maszynowy. Skuteczność tych broni wiele się nie różni, a minimalny zasięg karabinu maszynowego jest na tyle duży, że często nie ma szans na jego użycie.

Druga rzecz to duża losowość walki. Czasami aż za duża. Alianckie bronie typu “flash” zabijają na “naturalnych 10”, jeśli przeciwnik nie wyrzuci choć jednej “10” broniąc się przed zranieniem. Nawet bez zasad specjalnych broni, potencjalny rozrzut wyników jest tak duży, że trudno jest z góry sensownie zaplanować działania – czasami wyeliminujemy wroga jednym atakiem, czasem będziemy się z nim męczyć długo i nieszczęśliwie.

Trzecia… zadania. Sporo zadań może być wypełnionych tylko przez konkretnego bohatera – inni po prostu nie mają odpowiednich umiejętności. Znacznie łatwiej jest uniemożliwić zdobycie punktów (przez odstrzelenie kogo trzeba), niż je zdobyć. Taktyka koncentruje się raczej na eliminacji wrogich bohaterów niż na wykonywaniu własnych zadań.

Wreszcie… ilość graczy. Maksymalnie dwóch na stronę. Trochę ludzi twierdzi, że można grać nawet w 10 (po figurce na głowę), ale uzgodnienie planu działań po prostu nie ma prawa się udać w takiej sytuacji. W zasadzie jest to gra dla tylko i wyłącznie dla dwóch graczy, można ew. grać we czterech z założeniem, że “co dwie głowy to nie jedna”. Na 100% nie jest to lekka, łatwa gra do piwa w pubie. Można się z rozgrywką zmieścić w godzinie – ale będzie to godzina ostrego kombinowania, wymagającego (względnej) ciszy i skupienia. Dobra rzecz, ale trochę szkoda, że trudno jest sensownie pograć w większym gronie.

Ja chcę do ukraińskiej armii ;-)

Trzeba powiedzieć jedno – skubańce reklamę w amerykańskim stylu potrafią zrobić:

Tymczasem malowanie moich armii postępuje. Haqqislam jest już w jakichś 75% skończony – większość figurek wygląda już jako-tako, przyda im się tylko więcej szczegółów, Remotes są sklejone i z bazowymi kolorkami, TAG ma prawie komplet bazowych kolorków. Panoceania i Yu-Jing mają mundury i pancerze machnięte bazowymi kolorami, mam nadzieję tylko, że wymyślone (absolutnie nierealistyczne i 100% mangowe) schematy kolorów będą na koniec dobrze wyglądać.
Najbardziej w malowaniu przeszkadzają mi ostatnie premiery growe. Odbijanie Londynu z rąk piekielnych imigrantów (ciekawe, czy to jakaś aluzja do Polaków) w Hellgate:London i odgrywanie Wiedźmina stanowią pociągającą alternatywę dla malowania. Czasem aż zbyt pociągającą…

Coś się kończy, coś się zaczyna…

No i po wyborach. Wygrała ta jaśniejsza strona ciemnej strony mocy. Koniec Czwartej RP został odtrąbiony – ciekawe, czy zacznie się teraz Piąta, czy wrócimy do Trzeciej. Mam szczerze mówiąc nadzieję, że nasi kochani politycy zamiast bawić się numerowaniem wreszcie zbudują jakąś porządnie. Jednak, jak znam życie, niedługo powiemy “Miało być dobrze, wyszło jak zwykle”. Obym się mylił. Oby mój skromny udział w kopnięciu kaczki w kuper (głosowałem jeszcze przed śniadaniem) oraz głosy milionów innych ludzi – i te oddane “za” i te oddane “przeciw” nie poszły na marne.

Jak dobrze pójdzie, to jest to mój ostatni post na tematy polityczne. Na jakiś czas przynajmniej. Jeśli pójdzie jeszcze lepiej – i przez dzisiejszą noc skończę tworzenie pewnego dziwnego kawałka kodu – będę mógł spokojnie wrócić do postów o grach, grania jako takiego, a może nawet pokazać trochę pomalowanych figurek… Oby… Kawa na całą nockę gotowa – tylko weny twórczej brak…