Call of Duty 4: Modern Warfare

Ostatnia część serii Call of Duty, w jaką grałem to część pierwsza. Ostatnio jednak złamałem się i kupiłem czwórkę. Powiem jedno: gra wgniata w ziemię.

Nie ma sensu pisać, jak bardzo gra jest doskonała graficznie i dźwiękowo. Wszystkie wysokobudżetowe gry takie są. Za to płacimy. COD4 zapracowało na mój entuzjazm czymś innym: reżyserią i fabułą.

Że jak? Reżyseria w FPS? Ano właśnie… COD 4 jest wyreżyserowana jak dobry film sensacyjny. Ciągle coś się dzieje: zwroty akcji, zasadzki, nowe zadania… nie jest nawet tak, że trudno się nudzić – niecałe 6 godzin spędzonych na przejściu kampanii single player to ciągła, sensownie złożona akcja.

Fabuła jest godna dobrego technothrillera. Nie badziewia w stylu “Sumy wszystkich strachów” czy innych podobnych filmów z kategorii “zgubiliśmy scenariusz, ale i tak film nakręcimy”. DOBREGO technothrillera. Coś, co zaczyna się jako zwykła akcja oddziałów specjalnych i malutka wojenka w piaskownicy okazuje się być czymś znacznie większym. W trakcie gry zdążymy zwiedzić bliski wschód i Rosję, Czernobyl i bazę pocisków balistycznych, odbyć podróż w czasie (co prawda we wspomnieniach, ale zawsze)… Będziemy mieli okazję wziąć udział w regularnych walkach w mieście, operacjach specjalnych, zabójstwach… Wszystko w ramach fabuły godnej najlepszych pisarzy z “czarnej serii” Amberu.

Wiele radości miłośnikom militariów dostarczą zamodelowane w grze bronie. Można bawić się “standardowym” zachodnim sprzętem (M4A1 SOPMOD, M16A2, M249, G36), zabawkami rosyjskimi (różne wersje Kałacha, RPG, SWD, RPK…), rzadszymi typami broni ręcznej (śrutówki, P90) i ciężkim sprzętem (Stinger, Javelin). Działają tak, jak powinny w rzeczywistości (ok, amerykańska broń jest bardziej niezawodna, niż powinna być) i świetnie można się tu przekonać, dlaczego nawet najbogatsze armie nie wyposażają wszystkich żołnierzy w snajperki i karabiny maszynowe…

Przyjemnie został też rozwiązany stary problem FPS – jak pozwolić postaci dożyć do końca poziomu bez rozmieszczania wszędzie apteczek. Ranna postać może schować się na chwilę za osłoną i poczekać – po chwili odzyska oddech i będzie “jak nowa”. Przy rozsądnej grze jest to akurat “w sam raz”. Oczywiście osłonę trzeba dobrze dobrać – w grze można strzelać przez co delikatniejsze ściany i inne elementy osłony, które powinny dać się przestrzelić.

Czy gra ma jakieś wady? Jedną, za to poważną – i związaną z jej największą zaletą. Dobra reżyseria oznacza pełne zaskryptowanie gry na Single Player. Skrypty są bardzo dobre, przewidują różne dziwne działania gracza, ale to tylko skrypty. Przechodząc grę po raz drugi wiemy, czego się spodziewać. Trochę to boli, jeśli kampania single player to jedyny planowany sposób wykorzystania gry… 6 godzin rozrywki za stówkę to niewiele. Lepiej od razu przechodzić grę na najwyższym poziomie trudności – zajmie więcej czasu.

Resident Evil 3…

…czyli “Ale Głupi Ci Amerykanie”.

Obejrzałem ostatnio najnowszą część serii Resident Evil. Wiedziałem, że będzie źle – ale nie wiedziałem, że aż tak. A dlaczego jest źle?

Pięć (czy coś koło tego) lat po wydarzeniach z Resident Evil:2 cała ziemia jest zniszczona. Cała. Nie ma nic – roślin, zwierząt, niemal wszyscy ludzie wyginęli. Na 100% wiemy, że żyje grupka ludzi poruszających się w konwoju po USA i pracownicy korporacji Umbrella w podziemnych instalacjach zbliżonych do Hive, rozsianych po świecie. Poza tym praktycznie nikt. Dziwne, nie? Żadnej dobrze zaopatrzonej bazy wojskowej, dobrze bronionych enklaw, nic w tym rodzaju. Czyżby ludzkosć aż tak zgłupiała? Nikt się nie obronił? Gdy porównamy to z np. obrazem świata przedstawionym w “World War Z” Maxa Brooksa, można dojść do wniosku, że ludzkość w świecie Resident Evil zapadła na daleko posunięty kretynizm, nie potrafiąc sobie poradzić z bezmózgimi, powolnymi przeciwnikami.

Sami członkowie konwoju też są – jeśli chodzi o poziom inteligencji – znacząco poniżej średniej. Pięć lat walki z Zombie i jeszcze nie nauczyli się strzelania im w głowę? W scenach walki zachowują się jak idioci, którzy nie powinni byli przeżyć 15 minut, o 5 latach nawet nie wspominając. Marnują czas i amunicję strzelając Z wszędzie, tylko nie tam gdzie należy. Na ich tle Alice rzeczywiście wygląda jak maszyna do zabijania – wie gdzie strzelać.

Niewątpliwie zrobienie postapokaliptycznego filmu jest z punktu widzenia twórców świetnym pomysłem – wychodzi wyjątkowo tanio. Potrzeba niewielu statystów, scenografia wychodzi tanio… Ale czy nie można by było użyć przy wymyślaniu świata mózgu? Choć przez chwilę?

Z innych drobiazgów – hm… Mila wygląda jak zwykle (tzn. jak wieszak na ubrania). Ali Larter jak zwykle piękna, film ma jeszcze przynajmniej jedną zaletę (z blond włosami). W pisaniu scenariusza musiał brać udział jakiś japończyk (macki)…

Ocena:

  • obsada 3/5 (dla strasznie napalonych można podnieść do 4/5)
  • scenariusz i sens ogólny 1/5
  • efekty specjalne 2/5 (bądźmy szczerzy, w poprzednich częściach było DUŻO lepiej)

Ogólna ocena: to poszło do kin? Straight to DVD IMO.

Przemalowany świat

Jak już wspomniałem w poprzednim poście, przemalowywałem ostatnio figurki z Tannhausera. Tak bardzo nie podobało mi się malowanie firmowe, że po prostu nie mogłem wytrzymać. Efekty można zobaczyć w galerii na końcu posta – razem z kilkoma figurkami z Darkson Designs oraz dwoma figurkami Haqqislamu.

Po przejrzeniu zdjęć z cyfrówki doszedłem do wniosku, że mój aparat mnie nienawidzi 😉 . Całkiem nieźle wyglądające w realu modele na fotkach wyglądają tragicznie. Z częścią rzeczy wiele nie zrobię (nie mam zamiaru bawić się tydzień fotoszopą, zwłaszcza, że jej nie mam – a w pracy nie chce mi się nad fotkami siedzieć), ale poprawić wiele rzeczy będę musiał. Od tej pory chyba zawsze będę robić fotki świeżo pomalowanych figurek. Pozwalają na znalezienie wszystkich niedoróbek łatwiej i skuteczniej niż lupa (o własnych starych oczach nie wspominając). I tak na CMON nie dostałbym więcej niż 2/10, ale w końcu można się postarać 😆

Kilka słów o samych modelach.

  • Haqqislam to oczywiście cud, miód i orzeszki, jeśli chodzi o jakość wykonania odlewów, rzeźbę (nie licząc paru modeli, ale one się na fotki nie załapały) itp.
  • Figurki z Tannhausera, nie licząc niedociągnięć, o których już pisałem, fajne są.
  • Biednie niestety wypadają w praktyce figurki z DD. O ile ilość detali jest ok, jakość odlewu też nie jest zła, o tyle sam projekt techniczny niektórych figurek woła o pomstę do nieba. Figurki są multipart, z wymiennymi częściami – ale co z tego, gdy niektóre części za Chiny Ludowe nie dają się dopasować? Co daje fajny projekt, gdy model trzyma granat w ręce z dziwnie wykręconym stawem (ja ruchomość stawów mam sporą, ale aby takie wykręcenie osiągnąć musiałbym sobie staw wyłamać)? Figurki Amerykanów są zrobione b. fajnie, ale zestaw niemiecki… tragedia. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę wcale niemałą cenę. Miłe za to jest w całej linii to, że klimatem i rozmiarami ładnie pasuje do figsów z Tannhausera. Można np. wykorzystać część postaci jako nowych bohaterów do tej wesołej planszówki…

BTW – galeria generuje mi dziwne thumbnaile (środek obrazka) i za nic nie jestem w stanie tego zmienić 🙁

Tannhauser

Jakiś czas temu złamałem się i kupiłem Tannhausera. Tego samego dnia przetestowałem ją razem z Warzonową masonerią – w Paradoxie przy piwie. Recenzji jako takiej nie chce mi się pisać (dużo roboty) ale kilkoma uwagami się podzielę.

Jednym z ważniejszych “selling points” tej gry są figurki zaprojektowane przez Darkson Designs specjalnie na potrzeby tej gry. Laleczki jako takie są śliczne – tzn. rzeźba jest niezła (z paroma niedoróbkami – o tym za chwilę). Niestety – są firmowo malowane, i to raczej kiepsko. Pierwsze, co trzeba zrobić po rozpakowaniu gry to poprawić malowanie. Można po prostu poprawić niedoróbki (których jest sporo – farba włażąca na obszary, na których nie powinno ich być), albo przerobić schemat malowania całkowicie (wybrałem tą drugą opcję). Rzeźba jest ogólnie niezła, odlewy też całkiem przyzwoite (zwłaszcza jak na miękki plastik) – niestety parę niedoróbek się znajdzie. Np. aliancka pani saper nie ma rysów twarzy a peem niemieckiego żołnierza wygląda jak przyklejony do figurki “na chama” – nie jest trzymany w rękach ani nie wisi na żadnym pasku itp. Po pomalowaniu figurki robią się bardzo przyjemne, nie odbiegają poziomem od innych figurek Darkson Designs (są tylko 2-3mm wyższe). Postaram się niedługo wrzucić fotki poprawionych Amerykanów.

Zasady… Jest sporo ciekawych rozwiązań – ale o fajnych rzeczach w zasadach można poczytać w dziesiątkach informacji dostępnych w necie. Jest jednak parę… dziwnych zasad.

Pierwszą ciekawą rzeczą jest to, że Tannhauser jest jedyną znaną mi grą, w której lepiej być uzbrojonym w pistolet niż w karabin maszynowy. Skuteczność tych broni wiele się nie różni, a minimalny zasięg karabinu maszynowego jest na tyle duży, że często nie ma szans na jego użycie.

Druga rzecz to duża losowość walki. Czasami aż za duża. Alianckie bronie typu “flash” zabijają na “naturalnych 10”, jeśli przeciwnik nie wyrzuci choć jednej “10” broniąc się przed zranieniem. Nawet bez zasad specjalnych broni, potencjalny rozrzut wyników jest tak duży, że trudno jest z góry sensownie zaplanować działania – czasami wyeliminujemy wroga jednym atakiem, czasem będziemy się z nim męczyć długo i nieszczęśliwie.

Trzecia… zadania. Sporo zadań może być wypełnionych tylko przez konkretnego bohatera – inni po prostu nie mają odpowiednich umiejętności. Znacznie łatwiej jest uniemożliwić zdobycie punktów (przez odstrzelenie kogo trzeba), niż je zdobyć. Taktyka koncentruje się raczej na eliminacji wrogich bohaterów niż na wykonywaniu własnych zadań.

Wreszcie… ilość graczy. Maksymalnie dwóch na stronę. Trochę ludzi twierdzi, że można grać nawet w 10 (po figurce na głowę), ale uzgodnienie planu działań po prostu nie ma prawa się udać w takiej sytuacji. W zasadzie jest to gra dla tylko i wyłącznie dla dwóch graczy, można ew. grać we czterech z założeniem, że “co dwie głowy to nie jedna”. Na 100% nie jest to lekka, łatwa gra do piwa w pubie. Można się z rozgrywką zmieścić w godzinie – ale będzie to godzina ostrego kombinowania, wymagającego (względnej) ciszy i skupienia. Dobra rzecz, ale trochę szkoda, że trudno jest sensownie pograć w większym gronie.

Ja chcę do ukraińskiej armii ;-)

Trzeba powiedzieć jedno – skubańce reklamę w amerykańskim stylu potrafią zrobić:

Tymczasem malowanie moich armii postępuje. Haqqislam jest już w jakichś 75% skończony – większość figurek wygląda już jako-tako, przyda im się tylko więcej szczegółów, Remotes są sklejone i z bazowymi kolorkami, TAG ma prawie komplet bazowych kolorków. Panoceania i Yu-Jing mają mundury i pancerze machnięte bazowymi kolorami, mam nadzieję tylko, że wymyślone (absolutnie nierealistyczne i 100% mangowe) schematy kolorów będą na koniec dobrze wyglądać.
Najbardziej w malowaniu przeszkadzają mi ostatnie premiery growe. Odbijanie Londynu z rąk piekielnych imigrantów (ciekawe, czy to jakaś aluzja do Polaków) w Hellgate:London i odgrywanie Wiedźmina stanowią pociągającą alternatywę dla malowania. Czasem aż zbyt pociągającą…

Coś się kończy, coś się zaczyna…

No i po wyborach. Wygrała ta jaśniejsza strona ciemnej strony mocy. Koniec Czwartej RP został odtrąbiony – ciekawe, czy zacznie się teraz Piąta, czy wrócimy do Trzeciej. Mam szczerze mówiąc nadzieję, że nasi kochani politycy zamiast bawić się numerowaniem wreszcie zbudują jakąś porządnie. Jednak, jak znam życie, niedługo powiemy “Miało być dobrze, wyszło jak zwykle”. Obym się mylił. Oby mój skromny udział w kopnięciu kaczki w kuper (głosowałem jeszcze przed śniadaniem) oraz głosy milionów innych ludzi – i te oddane “za” i te oddane “przeciw” nie poszły na marne.

Jak dobrze pójdzie, to jest to mój ostatni post na tematy polityczne. Na jakiś czas przynajmniej. Jeśli pójdzie jeszcze lepiej – i przez dzisiejszą noc skończę tworzenie pewnego dziwnego kawałka kodu – będę mógł spokojnie wrócić do postów o grach, grania jako takiego, a może nawet pokazać trochę pomalowanych figurek… Oby… Kawa na całą nockę gotowa – tylko weny twórczej brak…

Wybory tuż-tuż

…a ja znowu nie mam na kogo zagłosować. Ten sam problem ma pewnie kilka milionów rodaków. No bo jaki wybór mamy:

  • pierwsza partia “ludowa” – rządziła niedawno, wykazała się niezwykłym zamiłowaniem do afer i wysokim poziomem buractwa…
  • druga partia “ludowa” – rządziła jakiś czas temu wspólnie z towarzyszami, od tego czasu bardzo chcę być rolnikiem (niestety nie spełniam warunków, roślinki doniczkowe się nie liczą). Poza paroma aferami niczym się nie wykazała…
  • towarzysze – do niedawna najbardziej prawicowa (pod względem gospodarczym) partia po UPR, od czasu gdy Miller startuje z list buraczanych wróciła do nurtu socjalistycznego (czyli standardu w polskiej polityce). Poza paroma aferami… (patrz wyżej 😉 )
  • kuriozalna koalicja dwóch partii narodowo-socjalistycznych i jednej narodowo-liberalnej. Faszystowskie zapatrywania duchowych przywódców dwóch z nich nie stanowią tajemnicy. Poza tym, poza paroma aferami…
  • partia dwóch takich, co “odzyskali” Polskę. Programowo na lewo od WKP(b), metodami próbuje jej dorównać (ale niestety prawo i “normy europejskie” nie pozwalają). Wczoraj kolejny raz oglądałem “19 południk” – prezydent Czop kogoś mi przypominał (ale robił lepsze wrażenie)…
  • partia niejakiego Donalda – w tej chwili dzielnie udaje, że idzie “zdekaczyzować” kraj, coś się jednak obawiam, że jeśli będzie rządzić – to w koalicji z braćmi. Przecież spora część PO to dawni towarzysze PiSowców – z AWS i innych prawicowych partyjek. W razie czego odsuną (gdy głód zajrzy w oczy) Donalda od władzy albo przepiszą się do klubu PiS . Poza tym, kandydaci partii poza paroma aferami…
  • rozkładówka playboya w wersji “mature moms”, nazywana Partią Kobiet. Sorry, ale partia bez programu (poza “teraz k… my”), uważająca plakat z gołymi działaczkami za kampanię wyborczą to jakaś pomyłka. Jedyny plus – brak afer na koncie.

I to chyba całe menu wyborcze. Aż chce się przejść na dietę… Niby zagłosowanie na mniejsze zło będzie właściwszym ruchem niż zostanie w domu – ale głupio trochę, skoro mój krzyżyk postawiony przy najmniej beznadziejnym kandydacie będzie przez niego odebrany jako poparcie…

Jak przed każdymi wyborami, przypomina mi się pomysł mojego szanownego Taty na zwiększenie frekwencji wyborczej. Pomysł jest bardzo prosty – zmieniamy formułę wyborów. Głos oddajemy na partię (albo osobę), która naszym zdaniem w żadnym wypadku nie powinna znaleźć się w parlamencie. Czyli tak naprawdę zatwierdzenie stanu faktycznego – poza nielicznymi fanatykami u nas i tak wszyscy głosują przeciw. Trochę utrudniłoby to liczenie głosów, ale za to jaka frajda by była…

Czterdziestka na konsole przenośne

Jest źle… bardzo źle… Grozi mi zakup PSP albo Dual Screena. Zresztą, zobaczcie sami:

Z innych drobiazgów – stwierdziłem, że Gobas już pewnie ze swojego zobowiązania sprzed prawie roku się nie wywiąże, i nic sensownego z portalem na głównej stronie nie zrobi… trudno, zrobię coś z nim sam. Od wczoraj go konfiguruję, dodałem nawet jakąś zawartość (na razie część linków do zrobionych przez siebie kart do Battlefield:Evolution i jeden raport bitewny – ale będzie więcej). Teraz muszę tylko wykombinować, jak sensownie zintegrować z Mambo jakąś galerię, żeby nie dodawać obrazków ręcznie po sztuce, tylko całe albumy hurtem. Coś się wymyśli…

No i nie udało mi się

No i nie udało mi się skończyć moich żołnierzy Islamu do Infinity. Tzn. miałem inne rzeczy do zrobienia w weekend… Na szczęście stoją (razem z kilkoma innymi figurkami “w obróbce”) na widoku i przypominają o swoim istnieniu. Fotka figurek w malowaniu poniżej – są tam też figurki do Konfrontacji, Voida, Legends of the Old West, AT-43 i LOTRa, oraz jedna figurka z AE-WWII 😀

Lepsze fotki, gdy skończę malować figurki. I znajdę zagubiony gdzieś statyw do aparatu – robienie fotek z ręki to niefajna sprawa.

To wszystko przez Christofa

Sam zaczął pisać o robieniu żarcia… Trudno, trzeba dołączyć. Sałatka z kurczaka na następny tydzień:

  • ananas w puszce – potrzebny będzie i sam ananas (pokrojony w miarę możliwości drobno) i sok
  • mały słoik majonezu
  • przyprawa curry
  • paczka suszonych śliwek
  • pierś kurczaka

Kroimy kurczaka w kostkę (im drobniej tym lepiej) i smażymy (najlepiej bez oleju na patelni grillowej). Równolegle kroimy ananasa i śliwki (im drobniej tym lepiej). Sok z ananasa mieszamy z łyżką przyprawy curry (odważni mogą dwie, ja planuję eksperyment z trzema) i majonezem, tak, żeby dostać “dressing”. Teraz bierzemy dużą michę i mieszamy wszystko do kupy. Odstawiamy do lodówki na noc. Można jeść na śniadanie, obiad i kolację, pod wszystko – od szklanki wody w górę.

Jak dobrze pójdzie to po weekendzie będą fotki pomalowanych facetów w turbanach (do Infinity). Chyba, że nie będzie mi się chciało. Albo coś wypadnie…